RSS

Archiwa miesięczne: Kwiecień 2009

Pokaż im jak się zabić, a oni ci jeszcze będą bili za to brawo.

Powoli kończy się kolejny ciepły weekend w tym roku. W Warszawie skumulowało się w tym tygodniu parę ciekawych „eventów”. To znaczy… Ciekawych jak ciekawych. Dla jednego ciekawe są wydarzenia stricte kulturalne, takie jak premiera w teatrze czy operze lub występ grupy Feel, dla innych zaś mecz w VI lidze piłki nożnej.
Tak się jednak złożyło, że byłem mimowolnym świadkiem czegoś co nosi od kilku lat, roboczą jak dla mnie, nazwę „Ogólnopolskie Otwarcie Sezonu Motocyklowego”. Standardowo przed zwrotem OOSM stoi jeszcze liczba, oznaczająca który raz ta tragedia się odbędzie. Jednak dla mnie nie ma to znaczenia, czy to piąty czy pięćdziesiąty już raz.
A czemu użyłem słowa „tragedia”? O tym za chwilę.
24 kwietnia tereny WORD-u na warszawskim Bemowie, szumnie zwane przez organizatorów i szeroko pojętych uczestników terenem Lotniska Bemowo, zaczęły zmieniać się w miasteczko piknikowe. Tereny Lotniska Babice (a nie Bemowo) to były, a od jakiegoś czasu są to nieruchomości WORD-u. Ale mniejsza o to jak ten teren się nazywa. Nazwa jest w tym wypadku chyba tylko w celach naprowadzenia wszystkich chętnych do zobaczenia OOSM na właściwe miejsce.
Jako, że nie pierwszy raz mam wątpliwą przyjemność bycia świadkiem OOSM wiedziałem, jak mniej więcej będzie wyglądał dzień następny, sobota. Nie myliłem się ani trochę. Obudził mnie ryk, wydobywający się z jakiegoś motocykla, którego właściciel zaczął go testować na publicznej drodze. Przejechał dwa razy i gdzieś się przeniósł. Więc nie było źle.
Potem zaczął się ruch w okolicach na szybkości organizowanego polowego parkingu dla samochodów, którymi mieli przyjechać widzowie OOSM. I to jest właśnie pierwszy składnik tego, co określiłem na wstępie „tragedią”. Parę niedbale przewiązanych biało-czerwonych taśm i duża niebieska płachta z białymi literkami, składającymi się w napis PARKING SAMOCHODOWY. I tyle. A dalej przesłanie dla kierowców, którzy parkowali na tym parkingu brzmiało chyba wg. organizatorów: wolna amerykanka i „róbta co chceta”. Całe szczęście, że z roku na rok na OOSM na Bemowie przyjeżdża coraz mniej samochodów, to i nie było takiego problemu z ustawieniem samochodów na nim.
Do organizacji jeszcze wrócę. Teraz o samym OOSM. W programie OOSM były takie pozycje jak: Wiosenna Wystawa Motocykli, pokazy z udzielania pierwszej pomocy i akcja honorowego krwiodawstwa. Pierwsza atrakcja, czyli wystawa jednośladów… I dobrze, że coś takiego było. Człowiek przychodzi, popatrzy (nie tylko na same tandetne Kawasaki, Hondy, Yamahy czy piękne Harley-Davidsony, ale także na panie, które towarzyszyły tym maszynom 🙂 ), stwierdzi, że szkoda, iż go na taki nie stać i pójdzie dalej. Ewentualnie zrobi jeszcze parę zdjęć… tak na pamiątkę. OK. O to właśnie powinno chodzić.
Ale dwie pozostałe atrakcje – zbiórka krwi i pokazy PP. Dlaczego gdy o tym słyszę i czytam, to pierwsze co mi przychodzi na myśl, to rozbity w drobny mak motocykl wyprodukowany przez Yamahę, Suzuki, Kawasaki (nie jest to ani kryptoreklama, ani próba wskazania na najczęściej uczestniczące w takich zdarzeniach lub najbardziej zawodnych markach motorów) a obok ekipy pogotowia ratunkowego, które w: lepszym wypadku – zabierają właśnie rannego kierowcę ścigacza do szpitala; w gorszym przypadku – podające policji datę zgonu kierowcy. Taka jest dla mnie szara rzeczywistość. Nie przypominam sobie tygodnia, w którym nie usłyszałbym o wypadku na mazowieckich drogach, w których sprawcą był właśnie motocyklista.
Chociaż… z drugiej strony to nie zawsze motocyklista jest winien, że wjedzie w niego jakiś pijany kierowca samochodu. I tym sobie próbuję tłumaczyć akcję pt. Krwinka i PP.
I jeszcze jeden rodzaj atrakcji: pokaz jazdy ekstremalnej i popularne „palenie gumy”. To jest dla mnie pomyłka. Owszem, teren ładnie przygotowany do takich pokazów, ale. Jest jedno duże ALE… to jest teren WYŁĄCZONY z ruchu miejskiego. I tego zdają się nie zauważać niektórzy z tych, co oglądają tego typu pokazy. Wychodzą potem na ruchliwe ulice i starają się naśladować doświadczonych kierowców, którzy zasiadają za sterami motorów na takich pokazach. I starają się udowodnić, że także dobrze potrafią jeździć. Dobrze, jeżeli takie próby skończą się tylko na chwili nerwów. Gorzej, jeżeli podczas takiej próby motor wymknie się spod kontroli i przywali z całym impetem w samochód czy w Bogu ducha winnego pieszego. Śmierć na miejscu. Może nie będzie to miłe, ale uważam, że pół biedy, jeżeli coś się stanie temu, który uważał, że jest alfą i omegą na swojej maszynie. W końcu nie bez kozery takich ludzi nazywa się „dawcami nerek” tudzież „dawcami narządów”.
Wracam jeszcze na chwilę do podstaw do użycia zwrotu „tragedia”. Corocznie punktem kulminacyjnym OOSM jest przejazd kawalkady motocykli przez Warszawę ze startem na przylegającej do wyjazdu z WORD-u ulicy Piastów Śląskich. Nie chcę się pomylić w ilości pojazdów, które w tym roku uczestniczyły w tym przejeździe, więc niech liczba ta będzie matematycznym „x”. No więc. Dochodzi godzina 15., czyli ta, o której rusza przejazd. Motory pojawiają się najpierw na dwóch pasach (ul. Piastów Śląskich na większej swojej długości jest czteropasmowa (2 pasy w kierunku granic miasta i dwa pasy w kierunku CH Carrefour)) tuż przed skrzyżowaniem z ul. Powstańców Śląskich. Następne, stopniowo, muszą przejechać kawałek w stronę granic miasta, by potem nawrócić i ustawić się na wolnym kawałku jezdni. Całe to przygotowanie i wyjazd zajmuje około pół godziny. Jest to pół godziny, w czasie których ul. Piastów Śląskich jest całkowicie sparaliżowana. Zawdzięczać to należy m.in. policji, która nie nauczyła się radzić sobie z organizacją ruchu w czasie imprezy takiego typu. Poza policją „gratulacje” należą się organizatorom, którzy poprzez takie działanie łamią m.in. zapisy z obowiązującego prawa, zapisanego w Kodeksie Drogowym. Bowiem nagle wśród motorów pojawia się autobus komunikacji miejskiej (po ul. Piastów Śl. jeżdżą obecnie autobusy dwóch linii), w którym siedzą zdziwieni i zapewne źli pasażerowie. Dlaczego? Dlatego, że nie została zorganizowana alternatywna trasa na te 30-40-50 minut. Wydaje mi się, iż taka sytuacja ma miejsce, gdyż ZTM nie dowiedział się o dokładnych szczegółach imprezy i nie mógł dostosować i zmienić chwilowo tras. Nie wspominam tu już nawet o mieszkańcach okolicznych osiedli, którzy płacą podatki i mają prawo do korzystania z dróg w każdej chwili, w której potrzebują z niej skorzystać, a nie czekać na przejazd jakiś ludzi na kolorowych motorkach, którzy pewnie wrócą na te drogi dopiero za rok. I to jest dla mnie tragedia od strony organizacyjnej.
Chociaż z roku na rok jest coraz lepiej pod względem organizacji. Do perfekcji jednak trochę brakuje.

Pozdrawiam wszystkich uczestników OOSM, którzy wiedzą że motor to środek lokomocji a nie bolid wyścigowy, a ulica to nie tor wyścigów GP. Szerokiej drogi i pełnego baku.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26 kwietnia 2009 w Warszawa

 

Specjalność zakładu: Przeciek z egzaminu.

Niech nam na wieki żyje KEN i Ministerstwo Edukacji. Kolejny sezon wiosenno-letni przynosi nam kolejne egzaminy: po podstawówce, po gimnazjum i po liceum (te ostatnie znane wszem i wobec pod mrożącą krew w żyłach nazwą MATURA).
Oczywiście, jakżeby mogło być inaczej, tak i w sezonie 2009 prawie na „dzień dobry” mamy już kłopot. A kłopot ten niezmiennie ma na imię Przeciek.

Tym razem blady strach padł na prawie-absolwentów trzyletnich męczarni w gimnazjach. Oto bowiem testy egzaminacyjne trafiły przed tymże egzaminem (dokładnie przed częścią humanistyczną) do Internetu. Dokładnie to na „amerykański serwer”.
A jak to się stało, iż one tam trafiły. Początek łańcuszka to dyrektor szkoły na warszawskim Mokotowie, który otworzył paczkę z testami (nie wolno mu było tego zrobić), wyciągnął jeden egzemplarz i zerwał z niego pieczęci a następnie… kazał go skserować sprzątaczce. Potem kserokopia testu trafiła do kuzyna woźnej, 18-latka z warszawskiej Pragi. I to właśnie on – mówiąc kolokwialnie – „wrzucił go” do Internetu w przededniu egzaminu.
No i się posypało… Na popularnych stronach-forach pojawiły się zarówno głosy poparcia dla 18-latka, jak i również głosy krytyki, a nawet i groźby i życzenia „Miłego pobytu w więzieniu”.
Żadnemu z tych głosów nie ma się co dziwić. Trudno jednoznacznie stwierdzić ile osób i z których szkół miało dostęp do tej „ściągi”. Bo być może właśnie ten przeciek uratował niektórym z nich „cztery litery” i zamiast trafić do jakiegoś rejonowego liceum będą mieli te kilkanaście punktów więcej i trafią przez to do lepszego „ogólniaka”.
I tu z kolei pojawia się problem, gdyż licea nie są z gumy i nie da się ich rozciągnąć w taki sposób, by dostały się do niego także osoby, które uczciwie przyłożyły się do nauki przed egzaminem i pod wpływem ogromnego stresu (Bo nie wiedzą jeszcze, co to znaczy zdawać maturę ;P ) napisały test minimalnie gorzej od oszustów. Bo o ile jeszcze można liczyć na to, że część uczniów, którzy skorzystali z pomocnej „ściągi” wykorzysta to, że trafiła do lepszego liceum i wyrośnie nam na kwiat polskiego ruchu uczelnianego, to na 100 procent pojawi się garstka (większa lub mniejsza), która „oleje” przykładanie się do nauki w lepszym LO, albo to LO ich po prostu przerośnie.
A co do tych, którzy życzą owemu 18-latkowi oglądania świata zza więziennych krat mają pełne poparcie w przepisach polskiego prawa. Nie będę zanudzał nikogo paragrafami, artykułami i kodeksami, ale idąc za maksymą „dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”, znajdzie się odpowiedni zapis i odpowiednia kara.
Tylko kogo tak na prawdę należy za to ukarać? Kto powinien ponieść konsekwencje? Czy tylko 18-letni „kamikadze”? Moja odpowiedź brzmi NIE.
Bo ukarać należy zarówno tego człowieka, jak i dyrektora szkoły, w której doszło do złamania prawa (a przy okazji pieczęci na arkuszach egzaminacyjnych). Konsekwencje powinna ponieść również pani Minister Edukacji K. Hall. Czemu? Ano dlatego, iż nie jest to pierwsza tego typu wpadka za czasów włodarzenia pani Minister ds. nauki na szczeblu gimnazjalnym. Żeby nie szukać daleko, to w zeszłym roku ja sam drżałem o wyniki i o to, czy egzaminy nie zostaną anulowane. Konkretnie chodziło mi o zdawaną przeze mnie maturę. Wtedy poszło o „Lalkę” i sen Izy Łęckiej, która tak na prawdę wówczas nie spała… Całe szczęście, że cicho sza było na temat poziomu rozszerzonego, który odważyłem się zdawać (i, przy ogromnym stresie – ale z czystym sumieniem, zdałem). A to tylko przykład tego, że nie jest to pierwsza wpadka resortu pani Minister Hall.
Nie mówię tu od razu o zmianach w na fotelu w pokoju z tabliczką „Minister Edukacji” na drewnopodobnych drzwiach wejściowych. Ale gruntowne wietrzenie w pozostałych pokojach by się przydało. Fakt, faktem – mało mnie obecnie interesuje to, kto jest Ministrem Edukacji, gdyż od 1 października bardziej interesują mnie poczynania Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego (a przyznam, że do niedawna to, kto jest Ministrem NiSW także było dla mnie czarną magią. Dziś już wiem, że jest to pani prof. Kudrycka). I na razie nie spotkałem się z doniesieniami o jakimś blamażu resortu szkolnictwa wyższego. I chyba dobrze.
A łącząc się z tymi, którzy w napięciu czekają na to, czy ich nauka do egzaminu gimnazjalnego nie pójdzie na marne przez tych, którzy wybrali drogę „na skróty”, pragnę im napisać tylko jedno: Gimnazjalny to i tak pikuś przy MATURZE. Do matury trzeba się tak samo uczyć w dobrym liceum, jak i w tym teoretycznie gorszym. Bo pamiętać należy, że to właśnie uczniowie liceów stwarzają jego renomę i miejsce w rankingach. A czasem nawet jest tak, że lepiej trafić do teoretycznie mniej popularnego i znanego ogólniaka niż do, np. warszawskiego Staszica. Wiem to po sobie. Moje kochane JM XXII (kto mnie zna, ten rozszyfruje skrót) nie jest tak popularne jak „Sraszic” (nazwa zasłyszana, będąca złośliwym i specjalnym przekręceniem patrona LO im. S. Staszica), ale mnie przygotowało do matury tak, jak sam chciałem – czyli dobrze.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 23 kwietnia 2009 w Inne

 

Różnica między człowiekiem mądrym a głupkiem

Temat, zdawałoby się prosty. Może. Jednak, obserwacje mojego otoczenia pokazują coś zupełnie innego.

Jak najlepiej pokazać różnicę między mądrym a głupkiem?
Tylko głupek popełnia głupie czyny, wypowiada głupie poglądy z OBOWIĄZKU i cieszy się jeszcze z tego i liczy na to, że inne (zasadniczo, podobne mu) osoby będą się z takich czynów cieszyć i mu przytakiwać . Człowiekowi mądremu również zdarza się popełniać głupie czyny, wypowiadać głupie poglądy – bo ma do tego PRAWO. A cała mądrość polega również na tym, by tego prawa nie nadużywać. Człowiek głupi będzie bronić swoich głupot – co czynić go będzie jeszcze większym głupcem w oczach innych (tych niepodobnych mu) osób. To wprowadza go w głębokie kompleksy, ale tylko teoretycznie, gdyż w praktyce bywa różnie. Człowiek mądry potrafi przyznać się do popełnionych błędów czy głupot, czego nie jest w stanie zrobić głupek. Mądry wie, że i jemu to się zdarza i nie ma z tego powodu żadnych kompleksów.
Tylko najczęściej okazuje się to być tylko teorią. Praktyka bywa inna.
W praktyce bowiem ludzie mądrzy okazują się być poszkodowani. A szkodę czynią im ludzie głupi. Okazuje się, że zdecydowanie łatwiej jest być głupkiem niż człowiekiem mądrym. I znacznie łatwiej z mądrego stać się głupkiem, niż przejść drogę w drugą stronę. A efektem tego jest to, że głupków jest więcej. Szkoda zaś jest odczuwalna przez mądrych.
Bo chociaż racjonalnie na sprawę patrząc, to mądrym powinno być w życiu łatwiej i to mądrzy powinni dostawać od życia więcej.
Jednak patrząc z autopsji, to mogę z całą pewnością stwierdzić, że jeżeli mądry i głupek mają jeden, identyczny cel, to mimo mniejszego nakładu pracy i przy mniejszych kosztach cel osiąga głupek. I po początkowej frustracji, człowiek mądry roztropniej podchodzi do całej sprawy i zaczyna widzieć, że założony cel mógł być niewłaściwy, skoro osoba, która nie powinna go osiągnąć jednak go osiągnęła i że w momencie, w którym zaczął próbować osiągnąć ten cel, popełnił właśnie taki głupi czyn. I jak najbardziej prawidłowo potrafi przyznać się do tego i zaczyna szukać nowego celu, wiedząc, że wśród przeciwników (o ile tacy oczywiście się pokażą) będzie o jednego głupka mniej, bo ów głupek będzie się cieszył z osiągnięcia swojego celu oraz z tego, że udało mu się pokonać człowieka mądrego. Tylko, że po jakimś czasie może się okazać, że osiągnięty przez głupka cel nie jest – tak jak początkowo to wyglądało – Mount Everestem, a tylko Śnieżką (na której na dodatek zaczęły się rozpadać najważniejsze wartości).

Pozdrawiam wszystkich studentów, którzy zrozumieli to co napisałem (szczególnie zaś tych, którzy mieli niedawno zajęcia z Psychologii Społecznej).

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 21 kwietnia 2009 w Inne

 

28, Zjazd do zajezdni „Żoliborz”

Zawsze wydawało mi się, że należę do ludzi, którzy tryb pełnego myślenia i analizy dostarczanych przez otaczające mnie środowisko miasta stołecznego Warszawy aktywizują dopiero przy porannym – niemalże „antyrytualnym”, bo niezwykle automatycznym procesie – wsiadaniu do metra na Młocinach.
Ostatnimi czasy stwierdzam jednak, że jest inaczej. Że jednak ja rozumiem otaczające mnie rano sprawy, obiekty i wydarzenia. W przeciwieństwie do innych ludzi.

Kto mieszka w Warszawie, kojarzy zapewne linię tramwajową #28. Kto zaś nie kojarzy to linia ta ciągnie się od Koła przez ul. Powstańców Śląskich i Broniewskiego i dalej koło CH Arkadia, Dworca Gdańskiego, stadionu Polonii i mostem Gdańskim przechodzi na Pragę i kończy swój bieg na Wiatracznej (choć jeszcze do niedawna dochodziła aż do Gocławka, do „King Krossa”).
Jednakże w ciągu dnia pojawia się też procent tramwajów, które, ruszając z Koła dojeżdżają tylko do przystanku przy Al. Reymonta i dalej, zamiast skręcić w prawo, jadą w lewo i po 15 minutach (circle about) kończą bieg w zajezdni Żoliborz.
Oczywiście te specjalne kursy są również specjalnie oznaczone – zarówno na przystankach w tamtejszych rozkładach (literką „z”), jak i sam tabor (żółtymi tablicami w wagonach typu 13N i 105N – czyli tych starszych, oraz z wyraźnym wskazaniem w nowszych tramwajach, aczkolwiek nie spotkałem się jeszcze z tym, żeby nowszy tabor zjeżdżał na zajezdnię Żoliborz).
Jak się okazuje to i tak mało. Bo ludzie jak – za przeproszeniem – ślepe krety automatycznie, gdy tylko zobaczą nadjeżdżającą „dwudziestkę ósemkę” wchodzą do niej. Spokój wewnątrz wagonu panuje do momentu odjazdu z – poprzedzającego przystanek „Al. Reymonta” – przystanku „Conrada”. Potem zaczyna się dla mnie najmilszy moment w tramwaju… Moment, który zawsze mnie śmieszy i zarazem z lekka irytuje.
Jest to moment wyczekiwania i zadawania sobie w myślach pytania o to, czy ktoś zapyta motorniczego (opcjonalnie motorniczej), czy ten tramwaj zjeżdża w lewo?
No sorry bardzo, ale jak wół jest napisane na „dziobie” tramwaju: Zjazd do zajezdni ŻOLIBORZ, to normalne, że skręci w lewo i NIE pojedzie równolegle, tuż obok zaczynającej się na tym skrzyżowaniu ulicy Broniewskiego, lecz właśnie skręci w lewo i na wysokości CH e.Leclerc Bielany przyłączy się do ulicy Wólczyńskiej.
I niezależnie, czy to niemal sakramentalne pytanie zostanie zadane oraz to, jaka będzie odpowiedź prowadzącego moja dusza ma zabawę. Ale nie ukrywam, że większą, gdy to pytanie nie padnie. A na moje nieszczęście jednak częściej pada. Sprzyja temu zapewne także to, że długość oczekiwania na „zielone” dla tramwajów jest na skrzyżowaniu Reymonta-Broniewskiego NIEZWYKLE długie (rekord, liczony co prawda nie w tramwaju 28, ale w „piątce”, to 4 minuty 45 sekund !!!) i ktoś zapewne zwraca uwagę na to, że aktywny jest lewy migacz tramwaju.
Dalszy rozwój wydarzeń w takim wypadku jest chyba nie trudny do wymyślenia. Gdy z ust motorniczego/motorniczej padnie zwrot w stylu „Tak, w lewo” (jako że najczęściej jadę w miarę blisko kabiny prowadzącego pojazd, to słyszę w głosie, iż człowiek sterujący tym pojazdem ma takie samo zdanie na temat tak zorientowanych pasażerów) pasażerowie siedzący w pierwszym wagonie dostają białej gorączki i zaczynają w popłochu opuszczać wagon, mało nie tratując się przy wyjściach. Drugi wagon ma natomiast ten problem, że nie zawsze widzi, a już na pewno nie słyszy, co się dzieje w pierwszym. Ich problem 😉 . Ale jakoś tak cudownie się dzieje, że ta informacja także dociera do drugiego wagonu. I tak oto w 30 sekund z dwóch zapełnionych najczęściej wagonów wypływa 90% podróżnych.
O wiele ciekawiej jest, gdy nikt nie zwróci uwagi na to, że „być może ten tramwaj nie jedzie tam gdzie POWINIEN WEDŁUG ROZKŁADU”. W tramwaju jest 30 osób. Z głośniczków wydobywa się metaliczny dźwięk dzwonka, oznajmiającego pasażerom – czas na reakcję minął, odjazd -, a dla mnie oznacza to dzwonek, rozpoczynający zabawę. Tramwaj rusza i po chwili zaczyna delikatnie przechylać się w lewo (zjawisko to towarzyszy skrętowi w lewo). Wówczas zaczynam się rozkoszować bukietem reakcji, prezentowanym przez podróżujących, którzy na pewno nie mieli w tym momencie w planach odwiedzin CH e.Leclerc na Bielanach, Cmentarza Wawrzyszewskiego czy też węzła komunikacyjnego Młociny i sąsiadującej z nim Huty Warszawa (czy jak ona się tam teraz nazywa). A bukiet to iście duży i bogaty. Zdziwienie, zaskoczenie, zdenerwowanie… to widać na twarzach. Ludzie niezbyt wiedzą, co z tym wszystkim zrobić. Zdarzył się nawet przypadek, że starsza pani (dlaczego mam dziwne wrażenie, że słuchaczka Jedynego Słusznego Radia Katolickiego z Torunia) przedreptała przez pół wagonu, pozostawiając nawet swój wózek bazarowy na kółkach przy miejscu, na którym siedziała, i podeszła do motorniczego i przy użyciu słów, których mimo wszystko nie pochwala chyba Ojciec Założyciel Dyrektor, wyraziła prowadzącemu swoje zdanie na temat tego, że bez jej wiedzy i zgody została zmieniona trasa tego tramwaju i jak ona teraz dojedzie na bazar przy Broniewskiego. Motorniczy nawet nie zwrócił na tą panią uwagi i dalej prowadził maszynę, aż do momentu, gdy na wysokości drzwi środkowych pojawiła się środkowa szyba od ściany białej wiaty przystanku „Aspekt”.
W sytuacjach, gdy nikt nie zauważy, że tramwaj ten jedzie zgodnie ze wskazaną na tablicy trasie: ‚… Wólczyńska-Nocznickiego-Zgrupowania AK „Kampinos” ‚ i brnie dziarsko ku Hucie, gdy tylko drzwi tramwaju otwierają się na „Aspekcie” tłumy zdezorientowanych ludzi, z nieukrywanym niezadowoleniem wychodzi z tramwaju. Czasem nawet wyrażają swoje zdanie przechodząc koło motorniczego. Jakby to była jego wina. A przecież oczywistym jest to, że błąd leży po stronie pasażerów.
Tak kończy się jazda „na pamięć” środkami komunikacji szynowej m.st. Warszawy.

Oczywiście z pewną dozą zrozumienia traktuję ludzi, którzy są z poza Warszawy i jest to ich „dziewiczy rejs” tramwajem #28, gdyż tacy mają prawo nie wiedzieć co to znaczy „Zjazd do zajezdni ŻOLIBORZ”. Ale osoby jeżdżące tą trasą niemal codziennie powinni zwrócić uwagę na to, że kurs ten na rozpisie odjazdów jest oznaczony „zetką” lub na to, że tablica z numerem informuje o zmianie trasy (która aktualnie i tak jest jeszcze dodatkowo inna od stałej… ale to temat innej rozmowy).
A tak swoją drogą, to czemu zajezdnia przy pętli Młociny nazywa się Żoliborz, skoro administracyjnie leży na Bielanach? Sprawdzając co na temat R-4 Żoliborz mówi wikipedia, znaleźć można informację, iż nazwa „Żoliborz” została przejęta (wchodząc na miejsce „roboczej” nazwy zajezdni, która brzmiała „Północ”) wraz z taborem i personelem zajezdni tymczasowej, która kiedyś znajdowała się przy ulicy Słowackiego na… Marymoncie. Ale mały szczegół: zajezdnia przy ul. Zgrupowania AK „Kampinos” została otwarta latem 1963 (słowie tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego trzeciego (sic!) ) roku. Dlatego nazwa Żoliborz jest myląca, ale mieszkańcy północno-wschodniej Warszawy już się zdążyli do niej przyzwyczaić. Ale patron (nomen omen, Stefan Ostrowski) zajezdni przez tych co nie wiedzą, że Zajezdnia R-4 Żoliborz ma niewiele wspólnego z administracyjnym zasięgiem Żoliborza to się chyba w grobie może przewracać. Tylko nie wiadomo czy ze śmiechu, czy z litości, czy ze złości.

Pozdrawiam wszystkich podróżujących #28, a szczególnie tych, którym uciekła akurat „piątka” i nie czekając na kolejną wsiadają to „dwudziestki ósemki” z adnotacją: Zjazd do zajezdni ŻOLIBORZ.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 16 kwietnia 2009 w Warszawa

 

Tom Boonen „Diabłem Północy” po raz trzeci

“Piekło północy”, jak często nazywany jest kolarski klasyk Paryż-Roubaix to 53 kilometry tortur na „kocich łbach”, a do tego jeszcze ponad 200 kilometrów po zwykłych asfaltowych drogach. Niewątpliwie klasyk dla najodważniejszych kolarzy. Po raz trzeci zwycięzcą tego 1-dniowego wyścigu został Belg Tom Boonen z belgijskiej grupy Quick-Step.

Chociaż wyścig nosi nazwę Paris-Roubaix, to start wyścigu miał miejsce w mieście Compiègne (60 kilometrów na północ od stolicy Francji). Charakterystyczną cechą każdej edycji „Piekła Północy” jest męcząca jazda po bruku. W tym roku kolarze mieli do przejechania 53 kilometry po najbardziej nieprzyjemnej nawierzchni, z jaką muszą zmierzyć się kolarze w całym sezonie.
Po dwóch sezonach na trasie ponownie znalazł się odcinek „Bersée”. Jak co roku, większość fragmentów „terenowej” trasy poddana została renowacji. Łącznie na 259 kilometrach było do przejechania 27 odcinków brukowanych.
Jest godzina 10:50. Z Compiègne rusza grupa 189 kolarzy. W tej grupie jest dwóch Polaków: Marcin Sapa z włoskiej grupy Lampre – NGC (numer 27) oraz Maciej Bodnar z włosko-polskiej grupy Liquigas (numer 82). Ponadto na starcie tego wyścigu stanęli m.in. Szwajcar Fabian Cancellara (Team Saxo Bank), Belg Stijn Devolder (Quick-Step), Amerykanin George Hincapie (Team Columbia – HighRoad) czy Holender Servais Knaven (Team Milram).
Na początku wyścigu od głównej grupy odskoczyła 11-stka kolarzy: Maarten Wynants (Quick-Step), Kasper Klostergaard (Team Saxo Bank), Angelo Furlan (Lampre – NGC), Steven Cozza (Garmin – Slipstream), Gregory Henderson (Team Columbia – HighRoad), Yoann Offredo i Wesley Sulzberger (Française Des Jeux), Joost Posthuma (Rabobank), Servais Knaven (Team Milram), Steve Chainel (BBox Bouygues Telecom) i Andreas Klier (Cervélo TestTeam).
Jak to bywa w wyścigu do Roubaix nie obyło się bez kraks. W pierwszej ucierpiał Martin Elmiger (AG2R La Mondiale). A potem bliski kontakt z brukiem nawiązywali Sébastien Hinault (AG2R La Mondiale), Pedro Horrillo (Rabobank) i Martijn Maaskant (Garmin – Slipstream).
Po tych kraksach i przejeździe przez znany fragment, jakim jest przejazd przez Lasek Arenberg, przewodząca grupa miała 3 minuty przewagi nad silną grupą pościgową, w której jechał Boonen i m.in. Maciej Bodnar, który przez pewien czas ciągnął za sobą całą grupę.
70 kilometrów przed metą wszyscy kolarze z „ucieczki” i „pościgowej” jechali już w jednej grupie.
Na 46 kilometrów przed metą z czołówki wystrzelił Tom Boonen. Za nim zabrał się Pozzato, Flecha, Thor Hushovd (Cervelo TestTeam), Leif Hoste i Johan Van Summeren (obaj Silence-Lotto).
Odcinek 29 kilometrów przed metą długo będzie chyba Boonen pamiętał. Upadł, a na dodatek popsuł mu się rower i musiał go zmienić. Na szczęście dla Belga udało mu się dogonić grupę, która zgodnie poczekała na niego. W kolejnej kraksie ucierpiała dwójka Hoste-Flecha i grupka prowadząca podzieliła się: na czele został duet Hushovd-Boonen. Jednak Norwego z Cervelo też musiał uznać wyższość bruku pod Roubaix, gdyż się przewrócił.
W tym momencie było wiadomo, że Boonen nie odda już wygranej. I tak się stało. Belg na welodrom Roubaix wjechał z dużą przewagą i po raz trzeci w karierze pokonał „Piekło Północy”.
Drugi był Pozzato jeżdżący dla rosyjskiej grupy Katiusza, a trzeci Hushovd.
Sapa dojechał ostatecznie na 89 miejscu ze stratą 17 minut i 36 sekund. Bodnar był 101 i stracił 19 minut i 51 sekund do Boonena.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 12 kwietnia 2009 w Kolarstwo

 

AZS Politechniki Warszawskiej marsz w… dół ??

Gdyby ktoś mnie zapytał o to, z jakimi trzema „symbolami” Warszawy kojarzy mi się skrót PW, to powiedziałbym bez chwili zawahania, że: a) Powstaniem Warszawskim, b) Polonią Warszawa oraz c) Politechniką Warszawską.

Dziś nie czas i nie miejsce, aby rozdrapywać sprawy związane z sierpniem 1944. Natomiast dla dwóch pozostałych rozwinięć skrótu PW jak najbardziej jest tutaj miejsce i jest teraz czas.
Dla potencjalnego człowieka Polonia Warszawa i Politechnika Warszawska nie mają ze sobą wiele wspólnego.
Jak się okazuje, jest inaczej – głównie jeżeli chodzi o sferę sportową. Kto bowiem zagłębi się w skład koszykarskiego zespołu Tempcold AZS Politechnika Warszawska i porówna go ze składem zespołu Polonii 2011 Warszawa stwierdzi, że jest to praktycznie ten sam zespół – to prawda. Oba teamy od dłuższego czasu prowadzą, zakrojoną na szeroką skalę współpracę, w ramach której prowadzona jest między innymi wymiana zawodników między zespołami AZSu i P2011.
Ale nie tylko w koszykówce Politechnika i Polonia są blisko związane.
Wiąże je także osoba Pana Józefa Wojciechowskiego, właściciela J.W. Construction, będącego do niedawna sponsorem tytularnym siatkarskiej sekcji AZS Politechniki Warszawskiej. Jednocześnie Pan Wojciechowski jest właścicielem KSP Polonia Warszawa.
Dla „Akademików” z Warszawy obecnie dobiegający końca sezon siatkarskiej PlusLigi 2008/2009 był udany. Utrzymanie, gra w fazie Play-Off, stworzenie całkiem zgranego zespołu. Brzmi nieźle. A gdy się do tego wszystkiego doda, iż AZS PW to najbiedniejszy zespół w siatkarskiej elicie. Z niespełna dwumilionowym budżetem. Jest to kilkakrotnie mniej niż mają w swoich budżetach takie tuzy jak KPS PGE Skra Bełchatów czy Jastrzębski Węgiel. A jednak to nie te zespoły zostały nazwane rewelacją PlusLigi. Pytanie jednak, czy uda się w przyszłym sezonie tą rewelację utrzymać w kolokwialnej „kupie”.
AZS traci strategicznego sponsora w postaci J.W. Construction. Dlaczego „traci” ? Dlatego, że już od początku roku Pan Wojciechowski niemal szantażuje na zmianę Ratusz M.St. Warszawy i władze Politechniki. A w odpowiedzi Pana Wojciechowskiego szantażuje WOSiR, który jest właścicielem stadionu, na którym grają „Czarne Koszule” (Polonia Warszawa – przyp. autor).
Generalnie to dla mnie kuriozum, aby klub nie był właścicielem stadionu, na którym rozgrywa domowe mecze ligowe. No ale cóż… To jest Polska właśnie. Niemniej sprawa wygląda tak, że po powrocie Polonii do Ekstraklasy wspomniany już WOSiR podniósł kilkukrotnie czynsz za wynajem stadionu. Najwyraźniej jest to nowa misja tego organu władzy stołecznej na propagowanie w mieście Warszawie sportu – podnosimy cenę wynajmu stadionu, który woła o pomstę do nieba i jednocześnie lekką ręką dajemy grupie ITI pół miliarda złotych na budowę dla stworzonego przez siebie zespołu, który mianuje się Legią Warszawa. A tymczasem prawdziwa, wojskowa Legia gra na Bemowie. Ale wracając do Polonii…
Wymuszenie na właścicielu Polonii płacenia więcej za stadion to konieczność ograniczenia funduszy przeznaczanych na finansowanie AZS PW. A tymczasem zaległości z tytułu sponsoringu przez J.W. Construction siatkarzy „Inżynierów” sięgają już poprzedniego sezonu. Deweloper ma bowiem zaległości wobec zawodników, którzy już nie grają w barwach AZS PW.
I między innymi przez WOSiR wkrótce Warszawa może zostać bez siatkówki na najwyższym ligowym poziomie. Niespłacone zaległe pensje zawodników mogą się okazać gwoździem do trumny dla AZS PW, gdyż uregulowanie ich jest warunkiem dopuszczenia do gry w PlusLidze. Jednocześnie o takich zawodników jak Jurij Gładyr, Karol Kłos, Rafał Buszek, Bartek Neroj czy Robert Milczarek pytają się czołowe kluby polskiej ligi.
A jak sam stwierdził Radek Rybak, kapitan AZS PW:

Część zawodników już myśli o zmianie barw, a szkoda, bo po wielu latach w Warszawie powstał ciekawy zespół

Natomiast Pani Prezes Jolanta Dolecka jest zdecydowanie dobrej myśli, stwierdzając:

Zrobimy wszystko, by zachować ten skład na przyszły sezon, a nawet go wzmocnić. Mam nadzieję, że uda mi się przekonać zawodników. W przyszłym tygodniu będziemy też wiedzieli, czy J.W. Construction wróci do sponsorowania zespołu. Wierzę, że tak.

Dobrze by było, gdyby J.W. Construction powróciło do finansowania AZS PW, gdyż na początku włodarzenia w Polonii i „współwłodarzeniu” AZS PW (gdyż Pan Wojciechowski posiada 75% akcji klubu „Inżynierów”) to na meczach Politechniki pojawiało się więcej kibiców. Teraz jest już trochę inaczej, bo to przy Konwiktorskiej stawia się znacznie więcej kibiców, ale to tylko dla tego, że w Warszawie nie ma na dzień dzisiejszy takiej hali, która pomieściłaby więcej kibiców (nie licząc Torwaru, ale to inna rozmowa). Bo gdyby była, to byłoby pewnie po równo. Więc gdzie tu logika i ekonomia? Bo siatkówka to chyba obecnie drugi sport narodowy po piłce nożnej. I warto na nią postawić, szczególnie w takim mieście, jakim jest Warszawa. Tym bardziej, że kibice stoją murem za Politechniką, czym była m.in. wystosowana petycja, pod którą podpisało się półtora tysiąca kibiców.

A może – w ostateczności – pomyśleć nad stworzeniem takiego samego tworu jakim jest Polonia 2011 dla siatkarzy, gdzie graliby pod wspólnym szyldem zawodnicy Politechniki i Polonii. A przykładów jest w Polsce kilka na takie „fuzje” jest kilka – w Krakowie mamy AZS-Cracovia, w Ostrowcu AZS-KSZO itd. .

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11 kwietnia 2009 w Politechnika

 

Tagi: , , , , , , , ,

Memento mori dla L’Aquili

Pieśń – Hejnał, skomponowany w 2008 roku przez Michała Lorenca, na zlecenie księdza proboszcza Drozdowicza z bielańskiego kościoła pokamedulskiego. Wykonywany przez Des Orient.

Może nie wszystkim się spodoba, ale mi się podoba i lubię jej słuchać. Bo niesie za sobą niezwykłe przesłanie: Memento mori czyli Pamiętaj o śmierci. Zwłaszcza w obliczu ostatnich wydarzeń we włoskiej Abruzji i znajdującego się w tamtym regionie miasteczka L’Aquila stało się to przesłanie nader aktualne.
Od poniedziałku docierały do nas wiadomości o zabitych, rannych i kolejnych wstrząsach sejsmicznych. Cierpienie tych, którzy przeżyli jest nie do porównania z niczym innym. Bo chyba nie było w L’Aquili osoby, która w tej katastrofie nie straciła kogoś z rodziny lub ze znajomych.
I to właśnie takie chwile pokazują, że człowiek jest niczym, gdy postawi się go obok sił natury. Sił, które próbuje się poskromić. Bo człowiek nie może zrozumieć, że niektórych rzeczy się nie da poskromić. Że niektóre procesy się mu nigdy nie podporządkują. Tak właśnie jest z naturą, która w poprzedzający Wielki Tydzień poniedziałek pokazała swoją smutną twarz. Ale twarz, niestety wymuszoną przez człowieka.
[*]
Memento mori, mori memento

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11 kwietnia 2009 w Inne