RSS

28, Zjazd do zajezdni „Żoliborz”

16 Kwi

Zawsze wydawało mi się, że należę do ludzi, którzy tryb pełnego myślenia i analizy dostarczanych przez otaczające mnie środowisko miasta stołecznego Warszawy aktywizują dopiero przy porannym – niemalże „antyrytualnym”, bo niezwykle automatycznym procesie – wsiadaniu do metra na Młocinach.
Ostatnimi czasy stwierdzam jednak, że jest inaczej. Że jednak ja rozumiem otaczające mnie rano sprawy, obiekty i wydarzenia. W przeciwieństwie do innych ludzi.

Kto mieszka w Warszawie, kojarzy zapewne linię tramwajową #28. Kto zaś nie kojarzy to linia ta ciągnie się od Koła przez ul. Powstańców Śląskich i Broniewskiego i dalej koło CH Arkadia, Dworca Gdańskiego, stadionu Polonii i mostem Gdańskim przechodzi na Pragę i kończy swój bieg na Wiatracznej (choć jeszcze do niedawna dochodziła aż do Gocławka, do „King Krossa”).
Jednakże w ciągu dnia pojawia się też procent tramwajów, które, ruszając z Koła dojeżdżają tylko do przystanku przy Al. Reymonta i dalej, zamiast skręcić w prawo, jadą w lewo i po 15 minutach (circle about) kończą bieg w zajezdni Żoliborz.
Oczywiście te specjalne kursy są również specjalnie oznaczone – zarówno na przystankach w tamtejszych rozkładach (literką „z”), jak i sam tabor (żółtymi tablicami w wagonach typu 13N i 105N – czyli tych starszych, oraz z wyraźnym wskazaniem w nowszych tramwajach, aczkolwiek nie spotkałem się jeszcze z tym, żeby nowszy tabor zjeżdżał na zajezdnię Żoliborz).
Jak się okazuje to i tak mało. Bo ludzie jak – za przeproszeniem – ślepe krety automatycznie, gdy tylko zobaczą nadjeżdżającą „dwudziestkę ósemkę” wchodzą do niej. Spokój wewnątrz wagonu panuje do momentu odjazdu z – poprzedzającego przystanek „Al. Reymonta” – przystanku „Conrada”. Potem zaczyna się dla mnie najmilszy moment w tramwaju… Moment, który zawsze mnie śmieszy i zarazem z lekka irytuje.
Jest to moment wyczekiwania i zadawania sobie w myślach pytania o to, czy ktoś zapyta motorniczego (opcjonalnie motorniczej), czy ten tramwaj zjeżdża w lewo?
No sorry bardzo, ale jak wół jest napisane na „dziobie” tramwaju: Zjazd do zajezdni ŻOLIBORZ, to normalne, że skręci w lewo i NIE pojedzie równolegle, tuż obok zaczynającej się na tym skrzyżowaniu ulicy Broniewskiego, lecz właśnie skręci w lewo i na wysokości CH e.Leclerc Bielany przyłączy się do ulicy Wólczyńskiej.
I niezależnie, czy to niemal sakramentalne pytanie zostanie zadane oraz to, jaka będzie odpowiedź prowadzącego moja dusza ma zabawę. Ale nie ukrywam, że większą, gdy to pytanie nie padnie. A na moje nieszczęście jednak częściej pada. Sprzyja temu zapewne także to, że długość oczekiwania na „zielone” dla tramwajów jest na skrzyżowaniu Reymonta-Broniewskiego NIEZWYKLE długie (rekord, liczony co prawda nie w tramwaju 28, ale w „piątce”, to 4 minuty 45 sekund !!!) i ktoś zapewne zwraca uwagę na to, że aktywny jest lewy migacz tramwaju.
Dalszy rozwój wydarzeń w takim wypadku jest chyba nie trudny do wymyślenia. Gdy z ust motorniczego/motorniczej padnie zwrot w stylu „Tak, w lewo” (jako że najczęściej jadę w miarę blisko kabiny prowadzącego pojazd, to słyszę w głosie, iż człowiek sterujący tym pojazdem ma takie samo zdanie na temat tak zorientowanych pasażerów) pasażerowie siedzący w pierwszym wagonie dostają białej gorączki i zaczynają w popłochu opuszczać wagon, mało nie tratując się przy wyjściach. Drugi wagon ma natomiast ten problem, że nie zawsze widzi, a już na pewno nie słyszy, co się dzieje w pierwszym. Ich problem 😉 . Ale jakoś tak cudownie się dzieje, że ta informacja także dociera do drugiego wagonu. I tak oto w 30 sekund z dwóch zapełnionych najczęściej wagonów wypływa 90% podróżnych.
O wiele ciekawiej jest, gdy nikt nie zwróci uwagi na to, że „być może ten tramwaj nie jedzie tam gdzie POWINIEN WEDŁUG ROZKŁADU”. W tramwaju jest 30 osób. Z głośniczków wydobywa się metaliczny dźwięk dzwonka, oznajmiającego pasażerom – czas na reakcję minął, odjazd -, a dla mnie oznacza to dzwonek, rozpoczynający zabawę. Tramwaj rusza i po chwili zaczyna delikatnie przechylać się w lewo (zjawisko to towarzyszy skrętowi w lewo). Wówczas zaczynam się rozkoszować bukietem reakcji, prezentowanym przez podróżujących, którzy na pewno nie mieli w tym momencie w planach odwiedzin CH e.Leclerc na Bielanach, Cmentarza Wawrzyszewskiego czy też węzła komunikacyjnego Młociny i sąsiadującej z nim Huty Warszawa (czy jak ona się tam teraz nazywa). A bukiet to iście duży i bogaty. Zdziwienie, zaskoczenie, zdenerwowanie… to widać na twarzach. Ludzie niezbyt wiedzą, co z tym wszystkim zrobić. Zdarzył się nawet przypadek, że starsza pani (dlaczego mam dziwne wrażenie, że słuchaczka Jedynego Słusznego Radia Katolickiego z Torunia) przedreptała przez pół wagonu, pozostawiając nawet swój wózek bazarowy na kółkach przy miejscu, na którym siedziała, i podeszła do motorniczego i przy użyciu słów, których mimo wszystko nie pochwala chyba Ojciec Założyciel Dyrektor, wyraziła prowadzącemu swoje zdanie na temat tego, że bez jej wiedzy i zgody została zmieniona trasa tego tramwaju i jak ona teraz dojedzie na bazar przy Broniewskiego. Motorniczy nawet nie zwrócił na tą panią uwagi i dalej prowadził maszynę, aż do momentu, gdy na wysokości drzwi środkowych pojawiła się środkowa szyba od ściany białej wiaty przystanku „Aspekt”.
W sytuacjach, gdy nikt nie zauważy, że tramwaj ten jedzie zgodnie ze wskazaną na tablicy trasie: ‚… Wólczyńska-Nocznickiego-Zgrupowania AK „Kampinos” ‚ i brnie dziarsko ku Hucie, gdy tylko drzwi tramwaju otwierają się na „Aspekcie” tłumy zdezorientowanych ludzi, z nieukrywanym niezadowoleniem wychodzi z tramwaju. Czasem nawet wyrażają swoje zdanie przechodząc koło motorniczego. Jakby to była jego wina. A przecież oczywistym jest to, że błąd leży po stronie pasażerów.
Tak kończy się jazda „na pamięć” środkami komunikacji szynowej m.st. Warszawy.

Oczywiście z pewną dozą zrozumienia traktuję ludzi, którzy są z poza Warszawy i jest to ich „dziewiczy rejs” tramwajem #28, gdyż tacy mają prawo nie wiedzieć co to znaczy „Zjazd do zajezdni ŻOLIBORZ”. Ale osoby jeżdżące tą trasą niemal codziennie powinni zwrócić uwagę na to, że kurs ten na rozpisie odjazdów jest oznaczony „zetką” lub na to, że tablica z numerem informuje o zmianie trasy (która aktualnie i tak jest jeszcze dodatkowo inna od stałej… ale to temat innej rozmowy).
A tak swoją drogą, to czemu zajezdnia przy pętli Młociny nazywa się Żoliborz, skoro administracyjnie leży na Bielanach? Sprawdzając co na temat R-4 Żoliborz mówi wikipedia, znaleźć można informację, iż nazwa „Żoliborz” została przejęta (wchodząc na miejsce „roboczej” nazwy zajezdni, która brzmiała „Północ”) wraz z taborem i personelem zajezdni tymczasowej, która kiedyś znajdowała się przy ulicy Słowackiego na… Marymoncie. Ale mały szczegół: zajezdnia przy ul. Zgrupowania AK „Kampinos” została otwarta latem 1963 (słowie tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego trzeciego (sic!) ) roku. Dlatego nazwa Żoliborz jest myląca, ale mieszkańcy północno-wschodniej Warszawy już się zdążyli do niej przyzwyczaić. Ale patron (nomen omen, Stefan Ostrowski) zajezdni przez tych co nie wiedzą, że Zajezdnia R-4 Żoliborz ma niewiele wspólnego z administracyjnym zasięgiem Żoliborza to się chyba w grobie może przewracać. Tylko nie wiadomo czy ze śmiechu, czy z litości, czy ze złości.

Pozdrawiam wszystkich podróżujących #28, a szczególnie tych, którym uciekła akurat „piątka” i nie czekając na kolejną wsiadają to „dwudziestki ósemki” z adnotacją: Zjazd do zajezdni ŻOLIBORZ.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 16 kwietnia 2009 w Warszawa

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: