RSS

Archiwa miesięczne: Marzec 2010

OSP Radom, czyli patologia w wersji radomskiej

Po trzech pierwszych setach pierwszego spotkania w barażach o ligowy byt wydawało mi się, że nie będzie miło. Ale chłopaki z AZSu sprężyli się i pokazali, że na Mazowszu to właśnie oni grają na poziomie PlusLigi.
Nie ma Jadaru...
Ale po kolei.
Jako, że był to mój pierwszy mecz wyjazdowy (niestety dopiero pierwszy) nie miałem zamiaru się spóźnić, w efekcie czego pod ursynowską Twierdzą byłem… 40 minut przed 13:30 (chociaż sam wyjazd był planowany o 15:00, to o 13:30 zaczęliśmy przygotowywać okolicznościowe flagi).
Po początkowych „kłopotach, kłopotach”, efektu finalnego nie powstydził by się sam Pablo Picasso, mimo iż Guerenica to nie była. Ale w końcu ani to czas, ani miejsce, a już na pewno nie rywal, dla którego trzeba by się tak wysilać. Niemniej gratulacje dla pary malarzy.
O godzinie 14:15 na tyłach Areny Ursynów dumnie prezentowały się dwie flagi (zwrot „flaga” brzmi ładniej niż „transparent”): „TRĄBIĆ CHCECIE, A ŚPIEWAĆ NIE UMIECIE… – ŁOŚKI” oraz „JAK SYRENA, TO TYLKO WARSZAWSKA – JESTEŚMY WASZĄ STOLICĄ”. Druga flaga poza samym napisem przewodnim została uzupełniona o Herb Miasta Stołecznego Warszawy oraz ozdobiona autografami tych, którzy je przygotowali. Tak, jest i mój.
Oczekiwanie na wyschnięcie farby umililiśmy sobie debatą nad tym jakim językiem porozumiewają się dziadarowcy oraz z jakich serwisów internetowych starają się korzystać. Nie zabrakło także małego treningu choreografii „made in Radom”.
Swoje zrobił oczywiście także Wydział Chemiczny, który odpowiednio zadbał o to, by dojechać do Radomia w odpowiednim – oczywiście kulturalnym i trzeźwym – stanie kibicowskim.

Wraz z uciekającymi minutami, dzielącymi nas od odjazdu, pod AU pojawiało się coraz więcej kibiców w biało-zielonych i zielono-białych szalikach. Oczywiście nie wszyscy wyrobili się na planowany czas odjazdu, przez co odjechaliśmy w nie do końca pełnym składzie.

Drogę do Radomia umilił nam Najlepszy Mix Przebojów AZS PW, w którym znalazły się utwory m.in. Britney Spears, Ricky’ego Martina oraz zespołów Loft, VengaBoys czy Backstreet Boys.
Jedyny (chyba) postój zaliczyliśmy w Tarczynie na stacji Orlen, gdzie zgarnęliśmy jeszcze jedno gardło płci żeńskiej do kibicowania w Radomiu.
Już na rogatkach miasta pojawiły się duże reklamy reklamujące Kostkę Brukową. Jednak im dalej wjeżdżaliśmy w to miasto, tym tych reklam było mniej. Konkluzja: lepiej niech tą reklamę i tą nazwę oglądają inni aniżeli swoi.
Po wjeździe do Radomia okazało się, że przez roboty drogowe zwiedzimy sobie gratis jeszcze całe miasto siedząc w autokarze. Zbliżając się powoli do ulicy Narutowicza minęliśmy remizę strażacką. Panowie strażacy patrzyli się na nas jakoś tak dziwnie. Szanowni panowie strażacy, to na prawdę nie my zajumaliśmy wam tą syrenę alarmową, poszukajcie bliżej.
Po zajrzeniu w chyba każdy możliwy kąt Radomia, w końcu jednak dojechaliśmy do Hali MOSiRu. Po opuszczeniu autokaru przelatując nad naszymi głowami – na niebie równie błękitnym jak to w stolicy – powitały nas warszawskie „Sto trzydziestki”, czyli samoloty PZL Orlik. Od razu zrobiło się jakoś tak przyjemniej, wiedząc, że tam na górze są nasi.

Hala MOSiR w Radomiu nie jest jakimś ewenementem technicznym. Przedstawia raczej myśl techniczną epoki „późnogierkowskiej”: z zewnątrz metal, w środku lakierowane drewno. Cytując dosłownie za Wikipedią: „Obiekt może pomieścić z 1200 plastikowych krzesełek i rozkładaną trybuną około 2500 widzów.”. Cokolwiek ma to znaczyć, to nie wierzę w to, żeby w tym kurniku zmieściło się więcej osób niż w Arenie Ursynów. No chyba, że liczymy też alejki na szczycie każdej trybuny.
Nasz sektor (ależ chciałbym napisać B1, ale niestety to tylko w Warszawie) został ulokowany w rogu hali. Mieliśmy znakomity widok na sektor Klubu „”Kibica”” Dziadaru Kostki Brukowej oraz beznadziejny na sam parkiet.

Oczywiście nie mogło zabraknąć zgrzytu na linii KK AZS PW – zarząd Dziadaru KB. Nie wiedzieć czemu kazali nam zdjąć flagę „TRĄBIĆ CHCECIE, A ŚPIEWAĆ NIE UMIECIE… – ŁOŚKI”. Że przepraszam co ?? Łośki są obraźliwe ?? Patologia w wersji radomskiej. Nie ostatnia w tym meczu.

Relacji z meczu, jak zwykle, nie będę pisał. Wspomnę jednak, że sędziowie tym razem nie przeinaczyli wyniku, mimo że seryjnie nie zauważali błędów w przyjęciu u Stańczaka i paru piłek niesionych u „Dzadarowców”.

Wracamy na trybuny. Niejako na przetarcie gardeł odśpiewaliśmy „Czarni Radom, Czarni” i „Nie ma Jadaru, w Radomiu nie ma Jadaru. Są tylko Czarni, w Radomiu są tylko Czarni”. W odpowiedzi sektor vis-a-vis zaczął pokazywać na ostatnią stronę regionalnego magazynu PlusLigi, gdzie widniała reklama Unicefu ze zdjęciem afrykańskich dzieci. Czyli już na dzień dobry pokazali, że są żenujący.
Co do dopingu, to w pierwszym secie długo nie słyszałem naszego własnego dopingu (!!). A wszystko przez to, że w aktywny doping dla Dziadaru KB włączyły się wszystkie sektory (oczywiście poza naszym). Na Arenie Ursynów tego nie uświadczyłem dotąd ani razu. Jednak z biegiem setów coraz częściej i dłużej było nas słychać.

Oczywiście nie zabrakło skradzionej z OSP Radom syreny strażackiej na sektorze naprzeciw naszego. Co trzeba mieć zamiast mózgu, aby coś takiego przytargać na mecz. Swoją drogą w przepisach prawa jest odpowiedni zapis ZAKAZUJĄCY użytkowania tego typu sprzętu w takich okolicznościach i na tego typu wydarzeniach. Tylko czego ja wymagam. Skoro Dziadarowcy nie potrafią śpiewać, to co dopiero znają jakieś przepisy prawa.

Oprawowo zaprezentowaliśmy się minimalnie lepiej. Dziadar zaprezentował dwie flagi w biało-niebiesko-czerwoną szachownicę i jedną z wielkim logo Dziadaru. Pod sektorem wisiała sekorówka: >> KLUB „”KIBICA – Dumni po zwycięstwie, wierni po porażce <<. My mieliśmy znacznie więcej flag biało-zielonych (nie wszystkie wykorzystaliśmy, bo sektor był za mały), sektorówkę z Krzysiem Kowalczykiem i wspomniane już wcześniej dwie flagi okolicznościowe.

Z ciekawszych przyśpiewek, które śpiewaliśmy szczególnie w pamięć zapadła mi ta, skierowana do Janka Gałązki: "Zostaw Red Bulla, hej Janek zostaw Red Bulla…". Oj, pastwimy my się nad tym naszym Jankiem 🙂

Jedyne czego żałuję, to tego, że Zygmunt Chajzer [prywatnie kibic AZS PW – przyp. autor], który dojechał na mecz w końcówce I seta, nie przyszedł do nas na sektor. Byśmy sobie zrobili „Moment Prawdy” na trybunach.
W zamian mieliśmy miły gest po ostatnim gwizdku sędziego. Nasze chłopaki weszli na trybuny stojące na płycie boiska i uścisnęli nam ręce. Oni wiedzą, że „JESTEŚMY ZAWSZE TAM, GDZIE NASZ AZS GRA…”.

El Prezes Gumiś, Sala, Kocisz, Mania, Beti, Jemmajs, Baro, Całus i wszyscy pozostali – Dzięki serdeczne za wspaniałą atmosferę. I widzimy się w środę.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 27 marca 2010 w AZS Politechnika

 

Március 23. – Lengyel-Magyar Barátság Napja || 23 marca – Dzień Przyjaźni Polsko-Węgierskiej

Március 23. - Lengyel-Magyar Barátság Napja || 23 marca - Dzień Przyjaźni Polsko-Węgierskiej
Dziś Węgrzy obchodzą Dzień Polski, Polacy natomiast – Dzień Węgier. Od 4 lat dzień 23 marca w obu krajach jest Dniem Przyjaźni Polsko-Węgierskiej.

Sięgając wstecz Dzień Przyjaźni Polsko-Węgierskiej został zapoczątkowany uroczystością, która odbyła się 24 marca 2006 roku. W tym dniu nastąpiło w Győr odsłonięcie pomnika Przyjaźni Polsko-Węgierskiej, jak również spotkanie przedstawicieli polskich i węgierskich miast partnerskich. W uroczystości wzięli udział prezydent Polski Lech Kaczyński i prezydent Węgier László Sólyom.

Dzień Przyjaźni Polsko-Węgierskiej został ustanowiony przez Sejm w marcu 2007 roku, kilka dni po tym, jak węgierski parlament uchwalił obchodzenie takiego dnia na Węgrzech. Warto dodać, że ani w polskim, ani w węgierskim parlamencie nikt nie był przeciwko. Co więcej, nikt nawet się nie wstrzymał.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 23 marca 2010 w Inne

 

Wlazłowdupofani

Od razu zaznaczam, że w poniższym tekście mogą się znaleźć wyrazy powszechnie uznane za podlegające cenzurze, ale tylko w momencie, gdy będzie to nie do zastąpienia innymi słowami.

13 marca do Warszawy na mecz z AZS Politechniką Warszawską przyjechała PGE Skra Bełchatów. I chyba należy stwierdzić, że wszystkie najbliższe mecze z tym zespołem będą meczami podwyższonego ryzyka. Ryzyka ogłuchnięcia i ocipienia.
Mariuszek W.
A wszystko to można zawdzięczać ludziom, których nazwałem „Wlazłowdupofanami”. „Wlazłowdupofaństwo” nie jest bynajmniej zjawiskiem nowym, bo zapewne towarzyszy to wielu spotkaniom PGE w PlusLidze. Jednak w Warszawie osiągnięte zostało apogeum i szczyt szczytów grubo przewyższający Mount Everest.

Zapowiada się, że hala przy Pileckiego przeżyje prawdziwe oblężenie!
Bilety na mecz, mimo zwiększonej poprzez dwie duże dostawiane trybuny liczbie miejsc, sprzedały się w kilkanaście godzin. Dla wielu osób wejściówek już nie starczyło. Kibice chcą obejrzeć wspaniałe widowisko z udziałem swoich ulubieńców oraz największych gwiazd siatkówki.

^cytat ze strony azspw.com^
Pozwoliłem sobie przytoczyć fragment z zapowiedzi spotkania z oficjalnej strony klubu. Osoba, która to pisała popełniła tym samym ciekawy tekst. Hala przy Pileckiego przeżyła rzeczywiście prawdziwe oblężenie około 3 tysięcy osób. Tylko ja się pytam, czemu w przytoczonym fragmencie pojawiło się słowo „kibice”. I to jeszcze w takim zdaniu. Ile z tych 3 tysięcy przyszło zobaczyć widowisko? Garstka (z rachunków wyłączyłem oczywiście Klub Kibica AZS PW). A reszta? Reszta to właśnie tytularni „Wlazłowdupofani”, którzy przyszli zobaczyć „och Mariuszka” w czarnych, obcisłych, krótkich spodenkach.
Mój rozum nie pojmuje w tym momencie polityki władz naszego klubu. Skoro rypnął się terminarz i na Torwarze graliśmy z Chemikiem – Kisielem Bydgoszcz i z PGE przyszło nam grać w naszej Arenie na Ursynowie i skoro dostawiamy za niemałe pieniądze trybuny to chociaż zweryfikujmy kogo na te trybuny wpuszczamy. Mamy z góry ustalone, że na E2 siedzą kibice gości, a reszta jest przeznaczona dla kibiców gospodarzy i tego się trzymajmy, oddając ewentualnie część dostawianej trybuny dla mniej zorganizowanych grup kibiców z Bełchatowa.
Brak jakiejkolwiek weryfikacji spowodował, chyba po raz pierwszy w historii (chociaż w sumie były jeszcze parę razy pomniejsze sytuacje, gdy słychać było głosy wsparcia z B1 dla Czewy i Olsztyna – jednak tu jestem w stanie wybaczyć, w końcu jakaś mała więź pomiędzy AZSami istnieje) na sektorze B1, na biało-zielonej Twierdzy wśród trybun Areny Ursynów usiadło COŚ w szaliku PGE. I to jeszcze w pierwszym rzędzie. Przypałętało się takie coś z kolegą/bratem i z tatą/dziadkiem/wujkiem (w obu przypadkach nieprawidłowe skreślić) na B1 z jakimiś wydrukami (podobno to są bilety !?!?!?) i wykłócało, że mają bilety na te miejsca i że oni tu będą siedzieć. Oczywiście natychmiast w dyplomatyczny sposób zostało im wyjaśnione, że na B1 panują trochę inne zasady, niż na innych sektorach, ale niestety chamstwo nie chciało się przenieść w inne miejsce. Ich sprawa, za laryngologa i psychiatrę nie będziemy im płacić. Niemniej chyba większość z nas, member of Klub Kibica AZS PW poczuła się tym faktem oburzona, a wręcz niemalże pogwałcona. I jeszcze to chamskie i prostackie zachowanie taty/dziadka/wujka, który po każdorazowej kulturalnej prośbie o przeniesienie się w inną część B1 poklepywał po ramieniu to coś w szaliku PGE i śmiał się głupkowato.
I chyba tylko Bogu i Gumisiowi dziękować należy, że wszelkie niedyplomatyczne oddziały zostały powstrzymane od działania, bo nie wiem, czy by się to skończyło tylko na jednostronnej wymianie szalików.
Ta sytuacja powinna być nauczką dla władz klubu, żeby na przyszłość WYRAŹNIE na stronie internetowej i podczas innych form sprzedaży biletów na mecze oznaczyła, że sektor B1 jest specyficzny i na nim najwięcej do powiedzenia mają najwierniejsi kibice AZSu, czyli KK. Można na przyszłość wydzielić cały sektor B1 ze sprzedaży ogólnej biletów i sprzedawać te bilety w porozumieniu z KK, osobom, które zgłoszą się do KK, że chcą właśnie na tym sektorze kibicować, i wówczas będzie wiadomo, że zgadzają się oni na to, jakie są realia na B1. Fakt faktem, hala nie jest za duża, ale jeżeli na mecze z mniej atrakcyjnymi rywalami nawet taka hala nie zapełnia się, to wyważmy to wszystko i oddajmy to co się należy tym kibicom, którzy i na takich meczach się pojawiają, a nagle na mecz z PGE nie mogą kupić biletów, bo ubiegły ich dziesiątki dzieci, które na żywo chcą zobaczyć „seksi tyłeczek Mariuszka W. i innych mistrzów”.
No właśnie. Żal mi było patrzeć na sektor lustrzany – wobec B1 – sektor D1, w którym zasiadły dzieci z jakiejś wycieczki, która z jakiejś wsi przyjechała na mecz. Nie pamiętam dokładnie skąd przyjechały (wiem tylko, że autokary miały mazowieckie rejestracje), ale określenia „wieś” użyłem w odniesieniu do ich zachowania, a nie miejsca pochodzenia. Karteczki z napisanymi markerem hasłami I love SKRA i I love WLAZŁY pozwoliły mi się załamać po raz pierwszy w tym meczu. Jak się miało okazać, nie po raz ostatni.
Na dostawionych trybunach też wylądowały jakieś wycieczki i piknikowcy. Po wyjściu na przedmeczową rozgrzewkę siatkarzy PGE bandy reklamowe przeżyły test nacisku i obciążenia, który sprawiły mu dziesiątki dziewczynek, które patrząc na wyginającego się Mariuszka, Bartka Kurka, Antigę czy innego Falaskę i robiąc im zdjęcia (w tak zwanym stylu japońskim – fotografuj wszystko co jest znane i co się rusza), przeżywały pierwszy w swoim życiu orgazm. Dla porównania, wokół band okalających część boiska, na którym rozgrzewali się siatkarze AZSu, stało zaledwie parę osób. I to właśnie im należałyby się miejsca na B1.
Kolejna fala orgazmów przyszła w momencie prezentacji pierwszych szóstek. Takiego pisku przy nazwisku W. dawno nie słyszałem. Sektor B1 też wyraził swoje zdanie na ten temat, zgoła odmienne.

Przebiegu samego meczu nie będę streszczał. Ciekawsze rzeczy działy się w tym samym czasie na trybunach.
Po pierwsze to powiększył nam się repertuar piosenek i przyśpiewek. Może czas pomyśleć o wydaniu jakieś płyty, bo na karaoke nam całkiem nieźle idzie. Przebojami w meczu z PGE były „Jeśli Mariusz jest pedałem w ręce klaszcz , jeśli Mariusz jest pedałem w ręce klaszcz …” czy „Mariuszek boli Cię nóżka, Mariuszek boli mnie nóżka…”. Powróciliśmy także do pamiętnego meczu w Radomiu i na rozgrzewkę (zarówno gardeł, jak i stawów skokowych) zanuciliśmy „Kto nie skacze ten z Radomia, Hej, Hej…”. Mieliśmy też chwilę zabawy, gdy dziewczyny z KK zaczęły parodiować piszczące siksy, które podniecały się każdym zagraniem Mariuszka W.

Parę słów o zorganizowanej grupie KK Skry z Bełchatowa. Przyjechali z paroma flagami, bębnem i zapełnili w miarę sektor E2. Od nas na powitanie tradycyjnie poszła Beti, a nas w odpowiedzi odwiedził też znany i poważany wśród naszego KK jeden z niewielu prawdziwych kibiców Skry, którzy pozostali w tym klubie. Trudno bowiem o niektórych ludziach, którzy przyjechali z KK Skry powiedzieć, że są kibicami siatkówki, prezentując zachowania rodem z boisk piłki nożnej. Nie wiem skąd, ale mieli szalik AZS PW (i to nie najnowszy, więc nie mogli go kupić w sklepiku przed meczem) i wywiesili go do góry nogami na barierce przed sektorem E2. Takie zachowania proponuję zostawić na mecze piłki nożnej, a nie przenosić tego typu zachowań na hale siatkarskie.

Przed kilkoma akcjami poprosiliśmy o pomoc kibiców z innych sektorów („Wszyscy wstają, pomagają…”). Tak na oko 70% z sektora vis-a-vis B1 raczyło podnieść się i nawet klaskało w rytm bębnów. Ale po nieudanym rozegraniu akcji wszyscy jeszcze szybciej niż się podnosili siadali i już nie mieli ochoty podnosić się ponownie.
Najbardziej żałosne jest to, że w momencie, gdy PGE miało piłki setowe nikogo nie trzeba było namawiać, a i tak ponad połowa sali stała i klaskała oraz krzyczała „Ostatni, ostatni…”. Byli wśród nich także ludzie w biało-zielonych szalikach. Do cholery… Ci ludzie mają czelność nazywać się warszawiakami i kibicami siatkówki? Jeżeli tak, to chyba nie chodzi im o mieszkańców miasta stołecznego Warszawa, ale jakiejś innej Warszawy, poza granicami RP. Bo skoro przychodzą na mecz w szaliku AZSu, to niech raczą także powstrzymać się od takich zachowań. Bo dla mnie jest to hańbienie barw i tradycji AZSu. Z resztą zostało to odpowiednio skwitowane („Ch…, nie kibice – barwy Politechniki hańbicie”). Tacy ludzie niech lepiej siedzą przed telewizorami i oglądają na Polsacie czy innym TV4 mecze PlusLigi i reprezentacji Polski.
W pewnym momencie przestałem zwracać uwagę na sektory E2 i D1, co pewien czas wykonując tylko charakterystyczny ruch polegający na kręceniu okręgów palcem wskazującym na skroni, a odnoszącym się do wycieczek szkolnych, które chyba pierwszy raz były w stolicy i ich zachowaniu.

Oczywiście nie można zapomnieć o człowieku na słupku sędziowskim, Jacku S. . Po meczu staraliśmy się odwzorować wszystkie elementy nowego tańca, o nazwie Sęk-Dance, ale w tym meczu było ich tak dużo, że chyba trudno byłoby je odwzorować. Mniej więcej szło to tak: lewa ręka w bok, lewa ręka w dół, prawa ręka w bok, prawa ręka w dół, obie ręce od łokci w górę, gwizd, i od początku… Tyle naszych odpowiedzi na ewidentnie błędne decyzje Jacka S. („Łajza, łajza…”, „Drukarze, drukarze…”, „Ile ci dali, hej, ile ci dali…”) co w meczu z PGE nie było podczas wszystkich poprzednich meczy w Arenie w tym sezonie razem wziętych.
Przy okazji zabrakło Jackowi S. zdecydowania. Po każdej nie do końca jasnej sytuacji i punktach dla Politechniki Mariuszek W. miał jakieś wąty w stronę słupka sędziowskiego. Czyżby więc ten pan na górze tego słupka zapomniał wziąć na ten mecz żółtej i czerwonej kartki, które ewidentnie należały się po pewnym czasie Mariuszkowi? A może bał się, że go te wszystkie gorące dwunastki, trzynastki i czternastki zmasakrują nim ucieknie do pokoju sędziowskiego? Nie wiem.

Jedno „Łajza, łajza…” zostawiliśmy – trochę nie wg. scenariusza – dla naszego „ulubieńca”, grającego z numerem 2 w czarno-żółtej koszulce. To też jest dla mnie zagadką, za co on dostał nagrodę MVP meczu. Chyba za nazwisko. Już bardziej należała się ona Bartkowi Kurkowi czy Marcinowi Możdżonkowi.

Po ostatnim gwizdku tłumy rzuciły się przetestować jeszcze raz bandy reklamowe. Tym razem były one uzbrojone w zeszyty i długopisy lub markery. Oczywiście zdecydowana większość poleciała do W. i Bartka Kurka. W tym samym czasie, dokładnie przed nami stał Radzio Rybak (albo Robert Milczarek, już nie do końca pamiętam) i podziękował za doping do końca. My chłopakom odpowiedzieliśmy gromkim, mimo praktycznie pozdzieranych gardeł, „Dziękujemy, Dziękujemy…”.

I tak na koniec jeszcze jedna sprawa, którą poruszałem już gdzieś. Jak na B1 rozwijana jest sektorówka z portretem trenera Kowalczyka, to na Boską Miłość – to jest szczególna flaga – i chociaż raz uszanujmy to, co i kto na tej fladze jest. Więc osoby, które stoją pod nią niech nie wywołują falowania tej flagi, bo wtedy nie widać ani postaci trenera ani przesłania, które ma wspomóc naszych siatkarzy na parkiecie.

Po tym meczu podziękowania, mimo różnej formy i postawy, należą się: Bartkowi Nerojowi, Radkowi Rybakowi, Serhijowi Kapelusowi, Pawłowi Maciejewiczowi, Karolowi Kłosowi, Darkowi Szulikowi, Robertowi Milczarkowi, Kubie Bednarukowi, Kubie Radomskiemu, Damianowi Wojtaszkowi i Jankowi Królowi.
Szczególne wyrazy podziękowania ponadto kieruję do Roberta C., który mimo tego, że pracuje na ciężkim materiale wciąż stara się wykrzesać coś z gardeł member of KK AZS PW.
Pozdrawiam także siatkarza PGE, który przez cały mecz stał dokładnie na przeciwko sektora B1 i nie pojawił się nawet na chwilę na płycie parkietu. (Zorientowani wiedzą o co i o kogo chodzi)

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 14 marca 2010 w AZS Politechnika

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,