RSS

Trzeba umieć przegrywać z godnością

01 Maj

Szok, niedowierzanie, łzy, osłupienie. To tylko niektóre emocje, jakie towarzyszyły nam po ataku Roberta Prygla, który zakończył mecz nr 6 o utrzymanie w PlusLidze.
Trzeba umieć przegrywać z godnością
Staliśmy i nie wierzyliśmy w to co stawało się właśnie faktem. 7 sezonów w Ekstraklasie siatkówki. Na ósmy przyjdzie nam poczekać do października 2011 roku.

Gdy wczoraj punkt 17:00 jako pierwszy z kibiców wchodziłem na halę przy Pileckiego byłem pewien, że za tydzień, może dwa ponownie pojawię się w tym miejscu, by kibicować naszym „Inżynierom” w meczach z Fartem Kielce bądź Treflem Gdańsk. I nie przypuszczałem, że tak się nie stanie.
Po przejściu przez kontrolę ochrony (ciągle się zastanawiam czemu KK musi tą kontrolę przechodzić) tradycyjne w ostatnich meczach udanie się po sprzęt do oprawy meczu – flagi, bębny itd. i wchodzenie po jakże znanych schodach prowadzących na sektor B1.
Hala na Ursynowie ma w sobie coś niezwykłego. Mimo iż została oddana do użytku już jakiś czas temu to ciągle pachnie świeżością, tak jakby zaczynający się mecz był tym pierwszym w jej historii.

Jedną z głównych naszych obaw było to, czy Ursynów Arena zapełni się w tym meczu. Opierając się o informacje z systemu sprzedaży biletów mieliśmy prawo do takich obaw. Jednak kibice ponownie nie zawiedli i większość sektorów była zajęta. Tłumnie przybyli też jadarowcy, którzy chyba już czuli pismo nosem.

Sam mecz był huśtawką nastrojów. Niestety bez happy-endu. Po wygraniu pierwszego seta do 22 wydawało się, że trzeba będzie dzwonić do szefów z informacją, iż w środę nie będzie nas w pracy, bo jedziemy na mecz (w innej wersji: trzeba będzie zastanawiać się jak zdobyć usprawiedliwienie z zajęć na uczelniach za ten dzień). Potem dwa sety przegrane do 21 zaczęły przyprawiać nas o palpitacje serca i chroniczny ból gardła. Czwarty set uspokoił nas trochę, bo wygraliśmy go do 19.
I przyszedł czas na to, co oglądać lubimy gdy siatkówkę oglądamy w telewizorach, nie zaś gdy siedzimy (członkowie KK czytają: stoimy) na hali i kibicujemy, czyli na tie-break. Stwierdzenie, że podczas tego seta nikt w Arenie nie siedział spokojnie to jak odkrycie, iż woda jest mokra. Arena podczas tego seta żyła własnym życiem i gdyby mogła to by wstała i zaczęła chodzić w rytm bębnów i okrzyków. To co nie udało się ostatecznie samej Arenie udało się pani prezes Doleckiej (jeżeli to czyta to pozdrawiam – zgodnie z obietnicą machałem – z indeksem po wpis zaliczenia WF-u przyjdę za kilka tygodni), która przy stanie 11-11 zeszła ze swojego miejsca z trybuny VIP i stanęła w korytarzu, centralnie pod sektorem B1, skąd do końca oglądała to spotkanie.
Koniec przyszedł niestety bardzo szybko, bo po sześciu akcjach było po wszystkim. Na tablicy widniał wynik 13-15 i 2:3 w setach.
Jadarowcy szaleli, a my… My kolejny raz w tym miesiącu byliśmy w szoku. I nie jestem pewien tego, czy większe niedowierzanie towarzyszyło nam 10 czy 30 kwietnia. Na pewno wydarzenia z 10 i 30 kwietnia były zupełnie innymi, ale wielu z nas przeżyło je tak samo. Prawda, po naszym spadku nie będzie żałoby narodowej. Ale tak katastrofa Tu-154M i degradacja Politechniki do 1. ligi mają jeden mianownik wspólny – oba pokażą, czy można się zjednoczyć i ile dla nas znaczą wyznawane przez nas wartości.

Gdy po zakończeniu meczu, jako jeden z ostatnich wychodziłem z trybun odwróciłem się, by ostatni raz zobaczyć halę przyozdobioną banerami PlusLigi. Wtedy pomyślałem o Tym, który oddał klubowi swoje serce, a którego nie ma już z nami – trenerze Kowalczyku. Co by było gdyby był z nami nadal? Nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Odwróciłem się i wyszedłem z trybun.

Pod halą stanęliśmy grupą przy wyjściu VIP, zastanawiając się co ze sobą zrobić. Stwierdziliśmy, że trzeba chociaż na trochę zapomnieć o tym, co się stało. Początkowo cześć z nas obrała kierunek Remont, a pozostali tereny dzielnicy Ursynów. Idąc w kierunku stacji Imielin okazało się, że niebo nad Warszawą też kibicowało Politechnice. Po meczu niebo zapłakało rzęsistym, ale krótkotrwałym deszczem. Tak krótkotrwałym, jak krótkotrwały będzie nasz pobyt w 1. lidze w oczekiwaniu na powrót do Ekstraklasy.

Odchodząc spod hali zobaczyliśmy scenkę, która nas rozbawiła i po raz kolejny utwierdziła w tym, że prawdziwi kibice w Radomiu to ci, spod znaku Czarnych. Gdy z hali wyszedł trener jadarowego zespołu tłum siks w biało-czerwono-niebieskich koszulkach rzuciło się na niego, jakby był to co najmniej Mariuszek W. Przez chwilę zastanawiałem się, czy trener Such nie zostanie uduszony, albo nie dostanie zawału. Tak właśnie wygląda mentalność kibiców z Radomia. Na początku baraży nie chcieli mieć z tym trenerem nic wspólnego, teraz wypuszczają na niego tłumy dziewuszek. Smutne to i zalatujące żałością.

Po dotarciu do Remontu zajęliśmy jakże znaną nam salę i uzupełniając utracone podczas meczu elektrolity debatowaliśmy na tematy AZS-u, PlayVolley’a i wiele innych. Wraz z upływem czasu i przepływem złotego płynu potworzyły się zwarte grupki dyskusyjne (ich skład niech pozostanie słodką tajemnicą obecnych w Remoncie 😉 ).

Co jakiś czas, który w tym przypadku znaczy raczej dosyć często, nasze rozmowy były przerywane zbiorowym śpiewaniem przyśpiewek AZS-u (w tym także tworzonych na poczekaniu pod zasłyszane zza ścianą śpiewane na karaoke piosenki). Jednak największym naszym przebojem wieczoru śpiewanym w sali VIP był utwór „Jestem muzykantem”.
Jestem muzykantem, konszabelantem.
My – muzykanci, konszabelanci.
Ja umiem grać
My umiemy grać:
Na puzonie, na puzonie
Krótka rura, długa rura
Krótka rura, długa rura
Hej.
Jestem muzykantem…
Na pianinie, na pianinie
Białe, czarne
Białe, czarne
Hej.
Jestem muzykantem…
Na bębenku, na bębenku
Tu go walę, tam go walę
Tu go walę, tam go walę
Hej.
i tak dalej.

Za głównego „komendanta muzykantów” należy chyba jednogłośnie uznać Roberta „Strzałę”, który miał nad nami tą przewagę, że nie miał tak zużytego gardła jak my, więc w momencie, gdy nie był akurat zajęty innymi sprawami (czytać: miał wolne usta), mógł zapodawać kolejną zwrotkę do zaśpiewania.

Poza Pieśnią Muzykantów odważyliśmy się na wzięcie udziału w karaoke. Prowadzący karaoke, znający nasz Klub Kibica nasze występy zapowiadał już jako występy AZS PW. Czyli wypadałoby założyć sekcję śpiewu w naszym klubie. Nominalnie naszymi piosenkami było m.in. „Ale to już było” Maryli Rodowicz.
Jednak część z członków Klubu Kibica podłączała się do innych śpiewających i tak odśpiewaliśmy m.in. „Jest już ciemno”.
Tu muszę wyrazić szczególne podziękowania dla Marty. Bo czy to na sali karaoke czy wtulając się w kanapy sali VIP (dopiero teraz stwierdzam, że są one niezwykle wygodne) odśpiewaliśmy w duecie ze 20 piosenek. Takiego duetu dawno nie było. I wszystkie te duety z „Just The Two of Us” mogą się od nas uczyć śpiewu, a te z „You Can Dance” mogą się uczyć układów tanecznych.
Ostatnią piosenką, odśpiewaną tego wieczora, mimo iż było już trochę po godzinie 3 po północy dnia następnego, czyli dzisiejszego, była piosenka-klasyk, czyli „Wehikuł Czasu” Dżemu.
Tak. Wehikuł czasu to byłby cud. Cofnąć się do początku baraży i rozegrać te mecze zupełnie inaczej i ze spokojem grać w przyszłym sezonie w PlusLidze. Ale jak to powiedział Radek Panas: „Przegraliśmy, ale z podniesioną głową.”. Przegraliśmy z godnością.

Gumiś, Beti, Sala, Kocisz, Zefcia, Marta, Żańcia, Radek, Arek, Alek H., Gosia, Jemmajs, Mania, Andzia, Sali, Ania M., Baro, Całus – chociaż wiem, że ze zdecydowaną większością z Was się zobaczę (i to zapewne zupełnie niedługo) to już teraz w tym miejscu chciałbym za ten cały sezon podziękować. Przy takich ludziach z dumą noszę na sercu gryfa AZS-u.
To my jesteśmy szmaragdami wśród kibiców. I nie ważne czy w PlusLidze z Bełchatowem czy w 1. lidze z Suwałkami przyjdzie nam się zmierzyć. My będziemy ZAWSZE TAM, GDZIE NASZ AZS GRA…

Reklamy
 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu 1 Maj 2010 w AZS Politechnika

 

2 responses to “Trzeba umieć przegrywać z godnością

  1. Mania

    1 Maj 2010 at 14:11

    Kacper, zdecydowanie Twój najlepszy wpis ever 🙂 Zawsze jak czytałam Twoje teksty miałam garść swoich subiektywnych uwag, a tu… nie idzie się o coś przyczepić. Super. 😉

    Czytając ten tekst i się popłakałam i uśmiałam do rozpuku przy uwadze o ustach Strzały, mogłeś sobie darować. :PP

    A popłakałam się przy wspomnieniu o Krzysiu, sama zadaję sobie to pytanie codziennie odkąd Go nie ma. Generalnie przestałam się już dawno modlić, a przy tych barażach uczyniłam to kilkakrotnie, w czasie meczu i przy grobie Krzysia. Zawsze odwołując się do Niego, do Jego pomocy. Dwa razy pomogło, wczoraj niestety nie… Wczoraj największe ciary mnie przeszły jak dłuuugi moment głośno skandowaliśmy Jego nazwisko, niesamowite uczucie. A potem ta cisza…

    Dzięki za ten wpis i podziękowania na końcu. 😉

     
  2. Jemmajs

    1 Maj 2010 at 17:29

    Do mnie to wraca falami, są takie momenty kiedy uda mi się zająć czymś innym, ale zaraz znów uderza mnie TA myśl.
    I choć dla mojego kibicowanie numer ligi nie ma żadnego znaczenia to wczoraj zatrzymał się na chwile czas, a przed oczami przeleciały ostatnie 4 sezony…

    Dzięki!

    Jesteśmy z wami AZS, jesteśmy z wami!

     

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: