RSS

Operacja MŚ: Milczarka Ślub (Czyli tam i z powrotem, przez radomskie ławki)

11 Lip

Ten pan po prawej to Robert Milczarek. Dla mniej zorientowanych były libero AZS PW, a obecnie Siatkarza Wieluń (a może Siatkarza Pamapolu Wieluń – nie wiem do końca jak ten twór, z okolic województwa łódzkiego, się obecnie zowie).
I to on był sprawcą najbardziej niezwykłego w tym roku wyjazdu z serii „KK AZS PW on tour”.
Oto bowiem po ostatnim meczu dostaliśmy – jako KK – od niego zaproszenie na swój ślub. 10 lipca, Tomaszów Mazowiecki, godzina 17… i tak dalej.
OK. Czemu nie. Zbierze się ekipę i się pojedzie do Tomaszowa na jeden dzień.

O wyjazdach do Tomaszowa, szczególnie zaś tych jednodniowych śpiewała już Ewa Demarczyk:

czy Janusz Radek:

Jeden jedyny szkopuł tkwi w tym, że te jednodniowe wypady do tego miasta – dla osób nie posiadających własnych czterech kółek są czystą fikcją, o czym było nam dane się dowiedzieć 10 lipca.

Epizod 1 – One way tickets
10 lipca. Sobota. Godzina 10:00. Za oknem 30 stopni w Słońcu i 35 w cieniu, lub na odwrót – w każdym razie ciepło… Za ciepło, żeby ruszyć się gdziekolwiek z domu czy innego klimatyzowanego lub chociażby wentylowanego pomieszczenia. A co dopiero mówić czy pisać o wyjeździe gdziekolwiek.
Ale jak się przy minus 20 zwiedza bardzo wschodnią Polskę, to i pięćdziesiąt stopni więcej też nie potrafi niektórych odstraszyć by jechać – tym razem na ślub. Ostatecznie na ziemię łódzką dotarliśmy w trzyosobowym składzie.
Z Warszawy do Tomaszowa jest trochę ponad 100 kilometrów, ale oczywiście oba miasta nie mają bezpośredniego połączenia kolejowego i przejazd trzeba było połączyć przesiadką w Koluszkach. Wydawałoby się, że nie jest to nic trudnego. Gorzej, gdy pomiędzy przyjazdem pociągu z Warszawy a odjazdem pociągu do Tomaszowa są tylko trzy minuty. Niby powinno wystarczyć, wszak to nie Centralny, gdzie między peronami trzeba się trochę nabiegać, ale dla tych trzech minut był jeden warunek – InterRegio (obsługiwane przez PKP Przewozy Regionalne sp. z o.o., a nie przez PKP InterCity – taka informacja dla bezmózgich pań z kas na Dworcu Centralnym w Warszawie) z Warszawy przyjedzie do Koluszek punktualnie! A punktualność na polskich szynach kolejowych to rzadkość. Co robi standardowy kibic AZS PW, który wie, że może się spóźnić na ważne wydarzenie przez problemy z przesiadkami? Ano idzie do kierownika pociągu (względnie kierowcy) i prosi o nadanie na drugi środek transportu informacji, że biało-zielone ludki się mogą spóźnić, nie ze swojej winy.
Na szczęście komunikacja na linii: Kierownik pociągu IR – Kierownik pociągu Osobowego przebiegła wzorcowo, wobec czego ten drugi poczekał na nas. Przy okazji zaliczyliśmy bieg przełajowy pomiędzy peronem 1 a peronem 3 dworca w Koluszkach.
Epizod 2 – Tomaszów wita nas
Z Warszawy do Tomaszowa jedzie się pociągiem tak koło godziny czterdziestu minut, ale przy okazji mija się parę stref klimatycznych. Bo o ile upał w stolicy był jeszcze do zniesienia, to ten, który zastał nas na tomaszowsko-milczarkowej ziemi już do podobnej kategorii nie należał. A jeszcze sam Milczar musiał wybrać sobie na swój ślub kościół po drugiej stronie miasta, co w przypadku tego konkretnego miasta – wbrew pozorom – robi znaczenie. Piechotą może i by się do tegoż kościoła doszło, ale nie w takiej temperaturze. Więc pozostał nam środek transportu miejskiego, zwany powszechnie autobusem marki Jelcz. Traf chciał, że spod dworca najbliżej kościoła dojeżdżała trzynastka, która za często nie kursowała (co w zasadzie jest przypadłością każdej tomaszowskiej linii autobusów miejskich w sobotę, a i chyba w dni powszednie). Oczekując na 13-stkę udało nam się ustalić, że chociaż udało nam się gdzieś przebrać w stroje „galowe”, to i tak mamy parę problemów.
Oto bowiem inaczej wygląda rozkład jazdy na stronie internetowej PKS, inaczej na stronie Tomaszowa Mazowieckiego, inaczej na rozpisce na dworcu w Tomaszowie, a inaczej w rzeczywistości. I generalnie wychodziło na to, że autobusu Tomaszów -> Warszawa po osiemnastej ni ma.
Jakoś z autobusami też nie było nam po drodze w samym Tomaszowie. Dwa przystanki MZK i na każdym z nich po dwa rozkłady dla linii 13: Dworzec PKS i Dworzec PKS Pętla. I domyśl się was ist was. Na szczęście i dzięki pomocy ze strony przedstawicielki tubylców udało nam się wsiąść do odpowiedniego pojazdu. Przy okazji poznaliśmy historię kościoła, który mieliśmy niedługo zobaczyć.
Po drodze przeżyliśmy szok – w Tomaszowie jest restauracja z charakterystyczną literką M w logo. Czyli na nic się zdały pewne nasze pomysły.
Autobus opuściliśmy na pl. ks. Popiełuszki (zastanawiające jest to, że 13-stka pojechała zupełnie inaczej, niż by to wynikało z zapisów na przystanku odnośnie jej trasy). A później piechotą: Krótką (a może to była Prosta), Jerozolimską (nie ma nic wspólnego z warszawskimi Alejami Jerozolimskimi, mimo że na mapie wyglądała na jedną z ważniejszych arterii miasta – co by akurat pozwalało sądzić, że jest to coś więcej niż mała osiedlowa uliczka) i w końcu ulica Słowackiego. Tak. Dotarliśmy do kościoła. Ale… jesteśmy parę minut po 16-stej, ślub o 17-stej, a tu cisza jak makiem zasiał. Nikogo ze znajomą twarzą, ba – nikogo w ogóle poza nami. Po pewnym czasie pojawił się ksiądz Marcin Sławicki, który okazał się być prowadzącym ceremonię. Przy okazji, to chyba pierwszy raz byliśmy podmiotem badań środowiskowych prowadzonych przez księdza, który dopiero chyba w tym momencie zrozumiał, komu będzie udzielał sakramentu małżeństwa.
Piętnaście minut przed początkiem ceremonii jak na zawołanie zaczęli się tłumnie zjeżdżać goście. Ze znajomych twarzy rozpoznaliśmy dwie: Karola Kłosa i Bartka Neroja. Obaj stanowili jakby dwie wieże, bo stanowczo przewyższali pozostałych uczestników.
Epizod 3 – MŚ, czyli Milczarka Ślub
No i w końcu pojawili się oni: państwo młodzi, dla których przyjechaliśmy z Warszawy. Piękny, czarny mercedes typu SUV (może to był mercedes serii G, a może inny) obwieszony tasiemkami i balonikami, podjechał pod bramę główną kościoła. Pan młody – zapewne nie przyzwyczajony do takiej konfiguracji w samochodzie (a jechał jako pasażer, na miejscu za kierowcą), po wyjściu z samochodu postanowił zamknąć za sobą drzwi… prosto na pannę młodą, która chciała wysiąść tymi samymi drzwiami. Nie wiem, czy przypadkiem nie przyczyniliśmy się trochę do tego, bo Robert chyba nas zauważył i zapomniał o całym świecie, odruchowo chcąc zamknąć za sobą drzwi. W ostatniej niemal chwili wyhamował i obyło się bez kraksy.
Samej ceremonii ślubnej nie będę może streszczał. Wspomnę tylko, że ksiądz Sławicki błysnął znajomością tematu siatkarskiego, stwierdzając podczas kazania, iż „sam jeden Wlazły meczu nie wygra”. Nie wiem, czy mi się zdawało, czy Bartek Neroj, który siedział ławkę przed nami westchnął w tym momencie. Bartku, my się na prawdę cieszymy, że pozostałeś wierny Politechnice. Bo gdzie byś miał tak dobrze jak u nas. W tej całej $krze na pewno nie.
Poza tym ciekawym stwierdzeniem, ksiądz chyba pozwolił sobie na lekkie eksperymentowanie ze schematem mszy ślubnej (czy jak to się tam terminowo nazywa), bo okazała się ona być dziwnie krótka.
Oczywiście członkowie Klubu Kibica, znani w całej – normalnej – Polsce ze swojej kultury, postanowili wesprzeć swoje intencje, które przynieśli na tą mszę, symbolicznymi datkami na rzecz tomaszowskiej parafii. W związku z tym, że były nas trzy osoby każda przekazała na rzecz po jednym złociszu – co wobec braku datków od niektórych obecnych należy uznać za dar wystarczający – parafia NMP Królowej Polski wzbogaciła się o 4 złote. Tak. Wiem, że 3 osoby * 1 PLN = 3 PLN. Ta czwarta złotówka została dana w intencji osoby należącej do KK AZS PW, która niestety nie mogła być tego dnia z nami w Tomaszowie.
Po złożeniu ślubowań i zakończeniu mszy nastąpiło tzw. przekazanie darów parze młodej.
Zgodnie z podjętymi dużo wcześniej ustaleniami KK AZS PW (a dokładnie to my, czyli delegacja KK AZS PW) wręczył Robertowi, specjalnie przygotowaną grafikę z podziękowaniem za grę w naszym klubie oraz historyczny szalik AZS PW.
Na wesele się nie udaliśmy tylko i wyłącznie dlatego, że nie mielibyśmy jak wrócić do domu. A powrót i tak okazał się trudny.
Epizod 4 – Wszystkie drogi prowadzą z Warszawy
Za powroty w wykonaniu KK AZS PW należy nam się nagroda Nobla, Oscar, Złota Palma, Złoty Glob i polski Orzeł i wszystkie inne możliwe do przyznania nagrody Świata. Choćby nie wiem jak trudny był to powrót, to nigdy nie będzie nudny, a zazwyczaj będzie strasznie zaskakujący.
Z powrotami jest też tak, że jak czasowo się na coś nie wyrobisz, to masz problem. Problem masz też, jeżeli to na co chcesz się wyrobić nie kursuje akurat danego dnia, a ty o tym nie wiesz. No i tak właśnie działa polski PKS. Niby jest, ale go nie ma. No i nie było po 19-stej autokarów jadących z Tomaszowa do Warszawy. Nastąpiła krótka burza mózgów wspomagana od czasu do czasu nowymi porcjami logistycznych danych od zewnętrznych informatorów oraz zupełnie mało istotnych informacji pochodzących z weekendowego wydania SuperExpressu (tu mała informacja: jedyne horoskopy, w które wierzę to te publikowane właśnie w SE). Z możliwych do obrania kierunków, takich jak Kudowa Zdrój, Karwia, Trąbdzikowo Niżne i paru innych, zdecydowaliśmy się na krok dosyć drastyczny, a mianowicie na Radom, uznając, że z tego miasta coś już do Warszawy będzie jechało wcześniej niż o 7 rano.
Podróż do miasta, z którego pochodzi grupa IRA! upłynęła pod znakiem meczu o trzecie miejsce MŚ w piłce kopanej. Relacje na bieżąco (czytać: po zmianach wyniku) dostawaliśmy drogą SMS-ową z naszego plenerowego studia w Pretorii pod Warszawą. My zaś przekazywaliśmy aktualny wynik kierowcom samochodów jadących za nami.
Im bliżej granic miasta, tym więcej pojawiało się znanych nam reklam pewnego producenta marnej jakości kostki brukowej. Wjeżdżając do Radomia nie wiedzieliśmy ani jak dojedziemy do dworca, ani którędy będziemy jechali. Gdy na jednym z rond zobaczyliśmy drogowskaz z nazwą ulicy Gabriela Narutowicza na naszych twarzach pojawił się złośliwy uśmieszek. Po paru chwilach zobaczyliśmy bardzo znajomy hotel Gromada i jeszcze bardziej znajomy kurnik zwany Halą MOSiR. Oczywiście „pozdrowiliśmy” ten obiekt i z radością dojechaliśmy do dworca PKS.
Ostatnie 20 minut meczu o trzecie miejsce zdążyliśmy nawet obejrzeć w pubie niedaleko zagłębia dworcowego w Radomiu. Długo nie zapomnę tej mikrochwili ciszy, gdy barmanka zapytała nas: „Za kim jesteście ?”. Na szczęście naszą małą porażkę udało się w ostatniej chwili zahamować, gdy sama za chwilę dodała: „Mam nadzieję, że nie za Niemcami”. Ok. Przeżyliśmy. Ale było blisko.
Z braku dodatkowych – poza meczem – emocji postanowiliśmy rozwiązać krzyżówkę z gazetki dołączonej do wspomnianego SuperExpressu. Szło nam tak dobrze, że kelnerka postawiła nam na stole świecę, żebyśmy lepiej widzieli kartkę i pytania. Nawet sama w paru momentach pomogła przy co bardziej głupich pytaniach. Dodatkowo podebatowaliśmy sobie na wiele różnych tematów – od kierunków studiów, przez demotywatory, a kończąc na ciężkich brzmieniach muzyki.
Jednak co dobre wszystko się kończy. Tak samo jak niemieccy zawodnicy fartownie pokonali Urusów. Trzeba było wyjść i przenieść się na dworzec PKS bądź PKP. Jako, że teoretyczne była szansa, że pierwszy będzie autokar, to obraliśmy kierunek: ławki przy stanowiskach PKS. Oczywiście pozwoliliśmy sobie na mały spacer ulicami w okolicach dworca. Jakoś tak się ułożyło, że nie spotkaliśmy naszych „przyjaciół” ani też przyjaciół.
Parę kolejnych kwadransów można streścić tak: ławka, ławka, ławka, Miłosz idzie na spacer, ławka, ławka, ławka, Miłosz idzie na spacer… Po godzinie byliśmy bliscy stwierdzenia, że w Radomiu czas płynie inaczej. Wolniej. Od czasu do czasu naszym oczom ukazywał się napis Warszawa na autokarze, który wjeżdżał na stanowiska. Niestety, były to autokary, które jechały nie do, a z Warszawy. A jak na złość nasz autokar nie dojechał.
Gdy udaliśmy się na drugi spacer po okolicach dworców, zauważyliśmy, że jedna z latarni nas ewidentnie nie lubiła. Gdy tylko wchodziliśmy w jej zasięg, to ona z premedytacją gasła, a gdy tylko przeszliśmy na drugi jej koniec – zapalała się. Cóż, widać się na nas poznała, że my nie stąd.
W momencie, w którym autokar nie przyjechał, kolejnym środkiem, który mógł nas zawieźć do domu był pociąg. Więc poszliśmy na dworzec PKP. W drodze na dworzec niektórzy posilili się miejscową odmianą kebaba. Ja nie zaryzykowałem – i nie wyszedłem na tym ani dobrze, ani źle. Przeżyli i się najedli.
Kolejnym miejscem, które poznaliśmy dosyć dobrze była poczekalnia na dworcu PKP. Kupiliśmy sobie bilet, by po niecałej godzinie go zwrócić, bo stwierdziliśmy, że może jednak coś się trafi autokarowego do stolicy. A określenie tego, czy coś będzie jechało, bazując na zapisach na tablicy odjazdów-przyjazdów, graniczyło z cudem. Bo na dworzec przyjeżdżały autokary, których nie było w grafikach, a te, które były w grafiku nie przyjechały. Ot. Taka radomska rzeczywistość.
Powoli tracąc nadzieję, że w ogóle opuścimy kiedyś to miasto znów wzięliśmy się za rozwiązywanie krzyżówek, których nie zdążyliśmy jeszcze rozwiązać w pubie. Jednak im dłużej rozwiązuje się krzyżówki i im dłużej się nie śpi – tym trudniejsze jest określenie ile kratek jest potrzebnych by wpisać daną ilość liter oraz co znaczą poszczególne ciągi liter (znane powszechnie jako wyrazy bądź słowa). Zdecydowanie najłatwiej nam wychodziło odgadywanie haseł, szczególnie w porównaniu z deszyfrowaniu ciągów znaków, stanowiących zagadki. Przypadłość czasowego wtórnego analfabetyzmu dotknęła zwłaszcza Asię, która notorycznie myliła czasy i formy wyrazów.
Gdy już nie było czego rozwiązywać nadeszło zbawienie w postaci autokaru do Warszawy. Mieliśmy tak dość siedzenia w Radomiu, że mogliśmy nawet wziąć leżące, byle tylko wyrwać się z tego końca świata.
Epilog – On The Road Again
Powrót do Warszawy. Już ten właściwy. Tablice z napisem Warszawa z coraz mniejszą liczbą obok. To zawsze powodowało mój uśmiech na twarzy (podobnie jak tablice z napisem Budapeszt, ale to zupełnie inna historia). Ostatni etap tej „Podróży za niejeden uśmiech” urozmaicał mi Mobile Facebook. Nie bacząc na to, że stan mojego konta oscylował w okolicach 8 złotych pozwoliłem sobie zacząć wyrażać pierwsze emocje, związane z wyjazdem. Do dyskusji dołączył się – nieoczekiwanie redaktor naczelny serwisu informacyjnego o Warszawie. Gdy dowiedział się, że jedziemy już w stronę stolicy, nieoczekiwanie zapowiedział, że będzie czekał na nas na dworcu. Była to ewidentnie pokuta za to, że nie pojechał z nami.
No i rzeczywiście. Punkt 4:28 podjechaliśmy pod dworzec Warszawa Zachodnia, gdzie czekał na nas człowiek, wyglądający jak rzeczony redaktor, w naszym AZS-owym szaliku.

I tak mniej więcej wyglądała ta nasza wycieczka.

Reklamy
 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 11 lipca 2010 w AZS Politechnika

 

One response to “Operacja MŚ: Milczarka Ślub (Czyli tam i z powrotem, przez radomskie ławki)

  1. Robert

    25 lutego 2011 at 12:42

    Witam , dobry artykuł… piosenka dobrze trafiona:) hehe powodzenia!

     

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: