RSS

Archiwa miesięczne: Sierpień 2010

IRA? IRA! (Czyli koncert jakiego dawno Warszawa nie widziała)

Na takie chwile warto czekać. I ludzie mogą mówić co chcą o grupie IRA: że komercja, że kasa, że byle co… Jednak kto poszuka sobie na youtube piosenek innych niż te puszczane w radiostacjach – „OJZS” czy „SNY”, ten pozna trochę inną – bardziej prawdziwą – twarz IRY. Kto zaś wybierze się na jakikolwiek koncert tego zespołu, ten ugryzie się w język za każde złe słowo o radomskiej grupie.
Artur „Gadziu” Gadowski – nadal daje wspaniałe widowisko na scenie, tak samo jak 5, 10 czy nawet 15 lat wcześniej.
Wojciech „Wojtek” Owczarek – KOCHANYM PERKUSISTĄ JEST i basta.
Piotr Sujka i Marcin Bracichowicz też robią swoje tak jak za dawnych (lub mniej dawnych) czasów.
No i oczywiście najmłodszy stażem w grupie IRA Piotr „Świeżak” Konca nie pozostaje w tyle, mając na warszawskim koncercie okazję do pokazania umiejętności wokalnych. Trudno mi po tym występie stwierdzić kogo wykonanie „Płonącej stodoły” jest lepsze – Piotra Cugowskiego czy Piotra Koncy…

Do określenia wrażeń z koncertu Rockowe Zakończenie Lata 2010 na warszawskiej Agrykoli brakuje przymiotników, ale spróbujmy:
A jak Atrakcyjny (stopniujemy napięcie),
B jak Bezbłędny,
C jak Cudny,
F jak Fantastyczny,
G jak Genialny,
I jak Idealny,
K jak Kosmiczny,
L jak Letni (w końcu to sierpień),
M jak Mocny,
N jak Niesamowity,
O jak Obłędny,
P jak Perfekcyjny,
R jak Rewelacyjny,
S jak Szalony (dzięki Asia za podpowiedź ;P ),
Ś jak Świetny,
T jak The Best (a co, po angielsku też może być),
W jak Wspaniały,
Z jak Znakomity,
Ż jak … (I don’t have any idea).

I teraz najlepsza część, czyli zebranie wszystkich piosenek, które zagrała IRA na Agrykoli:
„Mój dom” (z płyty „Mój dom”, 1991 rok)
„California” („Mój dom”, 1991 rok)
„Bierz mnie” („Mój dom”, 1991 rok) (jako pierwszy bis)
„Nadzieja” („Mój dom”, 1991 rok)
„Wiara” („1993 rok”, 1993 rok)
„Szczęśliwego Nowego Jorku” („Artur Gadowski”, 1998 rok)
„Ona jest ze snu” („Artur Gadowski”, 1998 rok)
„Inny wymiar” („G.A.D.”, 2001 rok)
edit: „Mocny” („Tu i teraz”, 2002 rok)
„Ogień” („Ogień”, 2004 rok) [nie daję głowy, że była, ale tak mi się coś wydaje]
„Parę chwil” („Ogień”, 2004 rok)
„Venus” („Ogień”, 2004 rok) (jako drugi, ostatni bis)
„To co na zawsze” („9”, 2009 rok)
„Dobry czas” („9”, 2009 rok)
„Nie daj mi odejść” („9”, 2009 rok)
„Dlaczego nic” („9”, 2009 rok)

no, chyba wszystko (ale oczywiście o czymś zapomniałem)… ale kolejności wszystkich nie pamiętam.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 21 sierpnia 2010 w Warszawa

 

A to Polska właśnie. Rzecz o pewnym krzyżu.


Wszystkich, którzy mówią, że Polska jest krajem normalnym należałoby chyba zamknąć na oddziale zamkniętym ośrodka w Tworkach. Zwłaszcza po tym, co się działo wczoraj przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie.

Nie jestem przeciwnikiem krzyża, gdyż krzyż – co prawda trochę inaczej wyglądający – noszę zazwyczaj na szyi i nie boję się przyznawać do tego jaką wyznaję religię.
Jednak to co wczoraj można było zobaczyć na Krakowskim Przedmieściu pokazało, że Polska nie jest już państwem, które jest w stanie być jednością nawet w obliczu tragedii. W podobnych słowach wyraził się o tym dr Jabłoński, z którym zazwyczaj się nie zgadzam.
Tak samo media, zarówno „lewicowoskrętne” i „prawicowoskrętne” są zgodne w stwierdzeniu, że sceny jakie miały miejsce pod Pałacem Prezydenckim są porażką demokratycznej Polski i Polska stała się znów pośmiewiskiem Europy.

Ciekawie do całej sprawy z krzyżem podchodzi biskup krakowski Tadeusz Pieronek. Stwierdza on bowiem, iż
„Kościół tego krzyża nie stawiał. Tam, gdzie się broni krzyża, tego się nie widzi. A gdzie się robi manipulację wokół krzyża, to już tak.” Warte uznania słowa. Krzyża się broni – owszem, ale w Afryce, Azji, gdzie chrześcijanie są prześladowani przez ateistów bądź wyznawców innych religii i gdzie chrześcijanie są męczennikami za wiarę. A w Warszawie trudno nazwać kogokolwiek męczennikiem, jeżeli uważa, że w taki sposób broni krzyża. Od kiedy to bowiem poprawny religijnie katolik krzyczy do służb porządkowych: „Zostaw ten krzyż, bo Cię zabiję”, „Ręce precz od krzyża, k… w milicyjnych mundurach”… Ksiądz biskup Pieronek dodaje wprost, że był „zgorszony” i „wstydzi się” politycznej zawieruchy wokół chrześcijańskiego symbolu ustawionego przez harcerzy. Ale to nie tylko polityczna zawierucha.

No właśnie. Harcerze postawili krzyż w miejscu, w którym ten krzyż nie miał prawa (polskiego, ludzkiego, pisanego – nie mylić z prawem boskim) stanąć. Miał to być TYMCZASOWY, CHWILOWY symbol żałoby, a nie miejsce (MIEJSCE, nie symbol) kultu, ustawiony przed siedzibą urzędu administracji państwowej, jakim jest urząd Prezydenta III Rzeczypospolitej Polskiej. Niestety harcerze nie przewidzieli, że duża część narodu polskiego stała się nagle wyznawcami nowej fali skrajnego fanatyzmu religijnego. A może fanatyzmu politycznego. Krzyż stoi bowiem bez żadnych pozwoleń budowlanych czy innych niezbędnych dokumentów. Więc równie dobrze może być on PRZENIESIONY do Kościoła św. Anny w każdej chwili – miesiąc temu, tydzień temu, wczoraj czy jutro – i to zgodnie z prawem.
I znów podniosłem „pisany głos” na słowie „przeniesiony”. Bo oto bowiem tłum protestuje przeciwko „usunięciu” krzyża. A przecież nikt tego krzyża nie chce usunąć. Nikt nie chce przecież zrobić z niego pięciu tysięcy zapałek. Chce się go tylko przenieść w miejsce bardziej godne niż chodnik przy Krakowskim Przedmieściu, który codziennie jest oblewany przez mieszkające nieopodal czworonogi a niekiedy i dwunogi. Ciekawe, czy gdyby Pałac Prezydencki był nie w centrum Warszawy, a w jakiejś – dajmy na to Pipidówie Niżnej, do której autokar z Warszawy jeździ raz na tydzień (to już chyba do Radomia częściej jeżdżą), a innego połączenia z tym miejscem poza własnym samochodem nie ma i gdyby właśnie tam ustawiono ten krzyż, to czy też by stał się takim miejscem kultu. Zapewne nie. Więc jest to przywiązanie do miejsca, a nie do symbolu.

Inna sprawa, gdzie jest to bardziej godne miejsce dla krzyża. Kościół św. Anny jest kościołem środowisk akademickich (swoją drogą kościół na Placu Zbawiciela też jest kościołem środowiska akademickiego, ale w takim razie innych uczelni) i ten akurat krzyż nie ma racji bytu w tym akurat kościele. Znacznie bardziej nadaje się jeszcze „pusta duchowo” Świątynia Opatrzności Bożej i tam powinien ten krzyż znaleźć swoje miejsce do dalszego istnienia.

A mnie zastanawia jeszcze jedna rzecz. Ile osób z tych, które się teraz nazywają „Obrońcami krzyża” było na ostatnich wyborach prezydenckich i zagłosowało na pana A bądź na pana B. Niby jedno z drugim nie ma nic wspólnego, ale jednak warto by się nad tym zastanowić. Bo gdyby wygrał kandydat z partii prawicowo-centro-lewicowej, to krzyż też zostałby przeniesiony, ale nie byłoby przy tym tej całej szopki. A że wygrał kandydat z partii prawicowo-prawicowej, to mamy wojnę polsko-polską, w której pojawiają się także chorągwie z Torunia. Tylko o to paradoks. Bo o ile w bitwie pod Grunwaldem, której niedawno mieliśmy 600. rocznicę, za chorągwiami szli panowie magnaci, będący niemal naczelnymi wodzami tych chorągwi, to w Warszawie próżno było szukać ojca Tadeusza Rydzyka. On bowiem siedział w swoim zamku w Toruniu i przygotowywał kolejny interes, przynoszący mu zyski.

Próżno też było na Krakowskim szukać innych znanych księży, bo też po co mieli się narażać na oplucie przez tych „Obrońców krzyża”. Lepiej było posłać tych, którzy niedawno przyjęli święcenia kapłańskie, by zobaczyli jak ciężkie ich czeka zadanie – nawrócenia tych, którzy w obronie dwóch, nie poświęconych przez żadnego księdza kawałków drewna stojących przed budynkiem administracji państwowej, są gotowi wstąpić na drogę świętej wojny, która jest jakoby domeną zupełnie innej religii…

Przenieśmy ten krzyż tam gdzie jest jego godne miejsce i tam dawajmy upust swoim emocjom. Bo Krzyż (tu po raz pierwszy z wielkiej litery) nie jest miejscem walki politycznej – Krzyż jest symbolem śmierci męczeńskiej Jezusa i Jego zmartwychwstania, śmierci świętego Piotra za pierwszych chrześcijan i pierwszą literą imienia Chrystusa. A w miejscu krzyża przed Pałacem Prezydenckim niech zostanie wmurowana tablica pamiątkowa upamiętniająca tych wszystkich, którzy zginęli, a nie tylko prezydenta Lecha Aleksandra Kaczyńskiego, czego domagały się głosy z tłumu. A to dlatego, że błędnie myśli się, że to prezydent zginął na służbie. Na służbie zginęli przede wszystkim piloci i stewardessy, w tym nam, studentom Politechniki chyba najbardziej bliska Justyna.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 4 sierpnia 2010 w Warszawa