RSS

Hej Sokoły, omijajcie mecze Politechniki – czyli jak to było w Bełchatowie

27 Sty

Tak. W końcu udało się dotrzeć do Bełchatowa – miasta wielkości warszawskiego Mokotowa, a kojarzącego się z kopalnią, elektrownią i Skrą Bełchatów…
Odkopując – w sumie nie tak dawno odstawione na boczny tor – aktywne kibicowanie warszawskiej Politechnice, kibicowska tułaczka zapędziła mnie właśnie (a przy okazji w końcu) do Bełchatowa na mecz Politechniki ze Skrą… o przepraszam – z PGE Skrą.
Skra jest klubem dziwnym, gdyż początkowo była klubem robotniczym, później była przekazywana z rąk do rąk – najpierw od zakładów bawełniarskich do Ludowych Zespołów Sportowych, by w końcu w latach 90-tych trafić pod skrzydła kombinatu energetyczno-kopalnianego. Od tego czasu budowano drużynę, która w ostatnich latach stała się hegemonem polskiej ligi siatkarzy – przyprawiając tym faktem niektóre regiony Polski o mdłości, ale też będąc swoistą galaktyką siatkarskich gwiazd (a także Mariusza W.), do których ślinią się setki polskich nastolatek. To wszystko stworzyło już nie klub siatkarski, a swego rodzaju maszynkę marketingową napędzaną umiejętnie przez PGE i Plus (nomen omen – ponad 20% akcji Plusa jest w posiadaniu PGE).
Jednak gdzieś w tym wszystkim pozostało trochę siatkówki i dzięki temu możliwy był wyjazd na mecz. Wyjazd ciekawy, jak zawsze. Ciekawie było już na starcie, gdy okazało się, że 100 kilometrów z okładem, które dzieli Warszawę i Bełchatów będziemy pokonywać Mercedesem O614D żywcem chyba wziętym z jakiegoś policyjnego muzeum motoryzacji – sądząc po barwach karoserii. Jakoś udało się nam zapakować do tegoż wehikułu i w plus-minus dwadzieścia osób plus bęben ruszyliśmy w drogę. Drogę, która okazała się nader kręta i wyboista – nawet jak na polskie warunki. Ale czegoż wymagać od DK8, zwanej Gierkówką, która za czasu – jedynego słusznego ustroju – była „autostradą”. Cóż – jaki ustrój, taka autostrada.
Gdy w końcu dotarliśmy pod Halę Energia dało się wyczuć, że – o ile energetycy i górnicy w Bełchatowie pracują nieźle, to z gazownikami jest duży problem. Skrzyżowanie pomiędzy Delikatesami Centrum a Halą Energia, rozkopany chodnik, widoczna rura z gazem ziemnym i wszędzie wyczuwalny charakterystyczny zapach ulatniającego się z tej rury gazu. Jeżeli jest to bełchatowska codzienność, to musi to być nader wybuchowe miasto. A jeżeli już jesteśmy przy Delikatesach Centrum, to współczuję mieszkańcom Bełchatowa, którzy – zgodnie z informacją umieszczoną na kartce przyklejonej do szyby – wejście NA sklep jest możliwe tylko z koszem lub wózkiem. Przy braku jakiejkolwiek drabiny może to być zadanie ciężkie.
Bełchatowska hala nie wywarła na mnie jakiegoś ogromnego wrażenia, może poza starym logo, ułożonym z lampek ledowych na frontowej ścianie obiektu.
Zdziwiła mnie za to frekwencja na trybunach. OK – mecz w środę, z mało atrakcyjnym z bełchatowskiej perspektywy rywalem, ale gdzie się podziały te wszystkie włazłofanki, o których jest tak głośno w całej Polsce podczas meczów Skry? Czyżby na własnym podwórku zostały dokumentnie stłumione i pełnię swoich uczuć mogą okazywać tylko wówczas, gdy Wlazły & Co. grają na wyjazdach? Niech pozostanie to pytaniem retorycznym.
Faktem jest natomiast to, iż Klub Kibica Skry jest nieźle zgrany, mimo iż większość z jego członków pamięta zapewne wejście Skry do PLS. Zadziwia mnie jedynie to, że tak szybko przestawili się na zupełnie nowe logo Skry. Nie wnikam w to jak wygląda współpraca KK z Zarządem Skry, ale chyba nie wygląda najgorzej i KK Skry jest integralną częścią widowiska w bełchatowskiej hali.
Tego samego nie można powiedzieć o spikerze, który w meczu Skry z Politechniką bawił się w kaowca. „A teraz proszę wszystkich państwa o klaskanie w rytm. Ale państwo to wiedzą i nie trzeba tego państwu przypominać.” – zdanie to rozbawiło mnie na długi czas.
To co jeszcze rzucało się w oczy na hali to po pierwsze sterowiec z logo głównego sponsora Skry i maskotka Skry grasująca wśród kibiców.
Co do pierwszego to jestem pełen podziwu dla kontrolującego tym statkiem powietrznym, że nie udało mu się nigdzie go rozbić podczas meczu. I mimo tego w pewnym momencie wyraźnie wymknął im się on spod kontroli i zahaczył o linkę wiszącą w hali. Gdy udało się mu w końcu wydostać, stał się obiektem ostrzału ze strony jednego z „Inżynierów”, który podczas rozgrzewki wybrał go sobie za cel do zagrywania.
Zaś co do bełchatowskiej Osy, to mecz utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że ma ona ADHD i za bardzo lubi małe dzieci 😉
Sam mecz, jak to mecz. Nie wyjechaliśmy z Bełchatowa z punktami, ale standardowo nie przegraliśmy do zera. I od momentu meczu wiem, co tak na prawdę znaczy zwrot „sokoli wzrok”. Niestety pani sędzina Sokół po raz kolejny pokazała, że powinna ona sędziować tylko i wyłącznie spotkania, w których dostępny jest system powtórek, bo bez tego, to za którymś razem jej decyzje doprowadzą kogoś do ogromnego i nieukrywanego wybuchu śmiechu.

Advertisements
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 27 stycznia 2011 w AZS Politechnika

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: