RSS

Archiwa miesięczne: Listopad 2011

Jedna jaskółka w PZPN wiosny nie czyni

Zasadniczo to powinienem zatytułować ten wpis: „Jeden Kręcina Laty nie zmieni”, ale wolałem pozostać przy ludowej wersji przysłowia niż – nomen omen – zmieniać ją i dostosowywać do tego co się dzieje w PZPN.
A dzieje się przy Bitwy Warszawskiej (dla tych, którzy nadal żyją w przeświadczeniu, że PZPN ma siedzibę przy Miodowej – przykra niespodzianka i bolesne zderzenie z rzeczywistością), dzieje. Zgodnie z oświadczeniem wydanym przez PZPN na dzisiejszym posiedzeniu Zarządu PZPN prezes PZPN złożył wniosek o odwołanie sekretarza generalnego PZPN. Głosowanie w tej sprawie odbyło się w trybie tajnym, w wyniku którego sekretarz generalny PZPN został odwołany z funkcji sekretarza generalnego PZPN.
Jeżeli ktoś urwał się z choinki i nie kojarzy kto w PZPN był sekretarzem generalnym, to był nim pan Zdzisław Kręcina. Pytanie tylko jak długo teraz pan Zdzisław pozostanie panem Zdzisławem Kręciną i kiedy stanie się Zdzisławem K. . Przepraszam, ale za długo żyję w tym kraju, żeby w mojej głowie nie narodziło się przypuszczenie, że stanie się tak bardzo szybko i pan Kręcina vel pan K. będzie w najbliższym czasie gościem prokuratur, aresztów, sądów etc. etc.
Przy okazji PZPN wydał komunikat po dzisiejszym nadzwyczajnym posiedzeniu, który ma następujące brzmienie: „Na nadzwyczajnym posiedzeniu 30 listopada 2011 roku Zarząd PZPN kategorycznie opowiedział się za wyeliminowaniem z polskiej piłki nożnej wszelkich zjawisk patologicznych i zobowiązał się do podjęcia działań mających na celu poprawę wizerunku PZPN.„. Jeżeli te słowa zamienią się w czyny, to będzie to chyba pierwszy od bardzo dawna (śmiem nawet przypuszczać, że od pierwszego w dziejach świata kopnięcia przedmiotu, który był protoplastą Azteki, Jabulani czy Tango 12) przypadek, w którym tak duża organizacja sama na siebie podpisuje wyrok. Bowiem zdecydowanie najlepszym krokiem, który pozwoli na „wyeliminowanie z polskiej piłki nożnej wszelkich zjawisk patologicznych” byłoby rozgonienie całego tego towarzystwa, które zasiada na głównych stołkach w PZPN i rozwiązanie związku.
W jego miejsce można by stworzyć nowe stowarzyszenie, do którego sądowy zakaz zbliżania miałyby osoby siedzące powyżej pewnego poziomu hierarchii obecnego PZPN. I koniecznie z inną nazwą, bo z tą już się nic nie da zrobić. Jest tak głęboko wrzucona w błoto, że nawet Vizir AlpineFresh do białego zmieszany z Vanish ekstra biel by tego nie doprał. Poza tym PZPN jest bardzo blisko PZPR (nie mylić ze ZPRP) i może inny skrót by mniej kojarzył się z Towarzyszem Gierkiem, Gomułką, Bierutem i paroma innymi – secundo nomen omen – sekretarzami oraz ich mniej lub bardziej udanymi pomysłami na życie swoje i parudziesięciu milionów Polaków w PRL-u.
Nie skreślałbym oczywiście wszystkich. PZPN ma jeden (znaczy pewnie więcej niż jeden, ale nie chce mi się ich teraz szukać) plus – jest niezwykle rozbudowanym stowarzyszeniem, zwłaszcza poniżej grubej czerwonej linii, ponad którą nie ma już podziału na województwa, a wszystkie stołki schodzą się do jednego stołka, na którym od pewnego czasu panuje tylko jedna pora roku. Mam na myśli wojewódzkie związki. Bo co ma do powiedzenia, powiedzmy podrzędny działacz w Koszalińskim czy Pilskim OZPN, który może i by chciał zrobić coś dobrego dla polskiej piłki, ale dwa, trzy, pięć stołków nad nim siedzi ktoś, komu bardziej zależy na własnym portfelu niż na kolejnym zdolnym piłkarzu czy miejscu, gdzie dzieci mogłyby sobie pograć w piłkę pod okiem trenera. Nowa organizacja to powinno być miejsce właśnie dla takich ludzi – ludzi, dla których piłka nożna to jest pasja, a nie dla tych, którzy hołdują zasadzie, że „Polak mądry po szkodzie” i gdy mu się zaczyna robić małe piekiełko pod stopami, to nagle zaczyna wszystkich przepraszać i starać się naprawić swoje złe decyzje.
Dlatego panie Grzegorzu – pokaż pan, że masz pan jaja, że jesteś pan chłop taki jak byłeś pan w 1974 roku, gdy strzeliłeś 7 goli podczas Weltmeisterschaftu i rozwiąż to całe kółko wzajemnej adoracji, część z nich niech jedzie do Wrocławia, część nad Bałtyk, a w Warszawie niech zasiądą ludzie, którzy mają pomysł na piłkę. I niech wśród nich będzie pan Tomaszewski, pan Greń czy pan Masiota.
Amen

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 30 listopada 2011 w Piłka nożna

 

Orzeł wylądował, czyli w odpowiedzi na Cafe AZS: Orła wywinąć

W Cafe AZS pojawił się dziś (jak piszę te słowa to jeszcze jest 28 listopada) ciekawy artykuł na temat „znaczka” AZS-u. Artykuł w całości do przeczytania tu: Cafe AZS: Orła wywinąć, a poniżej mój komentarz.

Jedna rzecz na wstępie: w grafice z miastami-gospodarzami E2012 powinien być nagłówek: HERB LOGO, a nie HERB LOGOTYP (bo logotyp jest tylko w przypadku Poznania [chociaż też jest złożone z logotypu i hasła firmowego], zaś katowickie i wrocławskie jest logo, na które składa się sygnet i logotyp). Tak mnie przynajmniej uczyli 😉

A teraz bardziej merytorycznie. Artykuł powyższy jest interesujący i zwraca uwagę na ważną sprawę (nie powtarzam się za treścią artykułu… chyba nie) w kontekście zarówno organizacji na każdym jej szczeblu – zarówno w ZG jak i każdym KU. Mam na komputerze pokaźną kolekcję grafik z herbami klubów piłkarskich i gdy zaczynałem swoją przygodę z AZS-em zacząłem tworzyć analogiczną z herbami/logami KU/KŚ/KSportowych AZS.
I o ile z najpopularniejszymi AZS-ami (jak chociażby ligowców z Olsztyna, Poznania, Gorzowa czy Koszalina) nie było ZAZWYCZAJ problemów to przy innych AZS-ach wiać było duże rozbieżności w portalach sportowych. Na przykład AZS Politechniki Warszawskiej (zarówno KU jak i Sp. Akcyjna) według liderów internetowych serwisów sportowych w Polsce w przeciągu ostatnich paru lat miał barwę: oliwkową, czarno-szarą, i wiele odcieni zieleni zaczynając od lime na seagreen kończąc. I taka dowolność wynika najczęściej z niewiedzy dziennikarzy co do całej struktury AZS-owej i wrzucenia wszystkich AZS-ów do jednego worka i zrobienia z nich totolotka: gdy piszemy o jakimś AZS-ie to losujemy logo i które wylosujemy to wstawiamy. Niestety nie zawsze jest to wina lenistwa żurnalistów, ale także braku jasnego usystematyzowania tej sprawy w AZS-ie.


Jeżeli mam wyrazić swoje zdanie (do czego nawołuje artykuł), to zacznę od nawiązania do historii. William Karol Henneberg startując w 1922 roku „w konkursie na znaczek AZS” (cytat z książki „Pół wieku AZS 1908-1958”) stworzył „znaczek” dla całego AZS-u (który był wówczas przecież zdecydowanie mniejszą i trochę inaczej zhierarchizowaną organizacją niż obecnie). Kolor w tle białego gryfa chyba nie został do końca wówczas określony, dzięki czemu istniejące przed II WŚ ośrodki wybrały sobie takie a nie inne kolory dla siebie: Warszawa – zielony, Kraków – czarny, Poznań – niebieski etc. etc. Potem przyszła wojna, a po wojnie rok 1949, który przyniósł Zrzeszenie zamiast Związku i kolor zielony, jako „jedyny słuszny” dla tła gryfu. Socjalistyczno-komunistyczna słuszność – to jedno, historia i tradycja barw – to drugie. Jednak wiele powstających klubów i ośrodków w latach 50. i późniejszych „poszła na łatwiznę” i nie wyszukiwała sobie nowych kolorów, a obierała zielony jako kolor w „znaczku”. I tu jest całe źródło bałaganu, jaki mamy dziś. Gdy paręnaście lat temu AZS przechodził reorganizację można było pomyśleć o wprowadzeniu gdzieś zapisu, że każde środowisko (ile ich mamy… 16/17…) legitymuje się „znaczkiem” z innym kolorem w tle białego gryfa, przy czym tradycyjne ośrodki pozostają przy swoich barwach o ile ich kolory nie są zbyt do siebie podobne (taka sytuacja nie występuje w zasadzie wśród tych najstarszych ośrodków), zaś kluby sportowe / kluby uczelniane istniejące w danym województwie / należące do danego środowiska muszą używać wyłącznie „znaczka” takiego jak dane środowisko lub w przypadku modyfikacji kolorem dominującym musi być kolor ze „znaczka” środowiska. To tyle odnośnie koloru i historii.
Jeżeli chodzi zaś o samą formę „znaczka” to mam mieszane uczucia. Z jednej strony to przez te wszystkie lata „znaczek” stał się wizytówką organizacji i szkoda byłoby go drastycznie zmieniać. Ale z drugiej strony czas idzie do przodu, zmieniają się też pewne zasady rządzące tym światem i maksyma „Nie to ładne, co ładne, ale co się komu podoba” w dobie pieniądza ma zastosowanie jak nigdy. Wiele osób – raczej luźno związanych z AZS-em – powie bowiem, że „znaczek” (przyczepiłem się do tego określenia, ale tak mi wygodnie) jest już lekko archaiczny i nie jest tak „fajny” jak chociażby logo/herb jakiegoś zespołu z ekstraklasy koszykówki (weźmy na przykład nowy herb/logo klubu Trefl Sopot) czy siatkówki (Skra Bełchatów) i potencjalny inwestor może się zainteresować ciekawszym graficznie logiem/herbem Trefla czy Skry.

No i właśnie. Na jednej szali mamy nowoczesność, na drugiej zaś tradycję. Było już kilku speców, którzy udanie swatali jedno z drugim. Jednak większość z nich tworzyła bardziej przestrzennie – kościoły, pałace i inne budynki użytkowe. Więc jeżeli się brać za modyfikowanie „znaczka” AZS-u to trzeba by to zrobić z głową, by nie wyszedł z tego jakiś potworek.
Można też ograniczyć się do innego rozwiązania. Każdy klub mógłby mieć zupełnie dowolny herb/logo, pod warunkiem, że widoczną i integralną częścią nowego herbu/logo będzie tradycyjny „znaczek” w kolorystyce danego środowiska AZS-u lub chociażby równie charakterystyczny napis „ASZ”, który jest w „znaczku” – również w kolorystyce odpowiedniego środowiska. Coś na wzór tego widzimy na przykładzie logo AZS Politechniki Warszawskiej, gdzie „znaczek” historyczny obudowano oryginalną granatowo-zielono-białą tarczą (która okazała się na tyle ciekawa, że aż PBS Jurand Ciechanów, za sprawą grafika z Polskiego Banku Spółdzielczego – głównego sponsora, naruszył prawo autorskie i dokonał ewidentnego plagiatu logo AZS PW w swoim „nowym” logo).

Pomysł tego rodzaju połączenia wymagałby pewnie mimo wszystko ograniczenia dowolności, ale tradycja by została zachowana i nowoczesność by się pojawiła. Można by przy tym wzorować się nie tylko na logo AZS PW, ale np. też na logo FK Chimki czy Szynnika Jarosław, gdzie elementem całego logo jest herb miejski.

Jestem więc umiarkowanym przeciwnikiem takiej modyfikacji, jak ma to miejsce np. w przypadku logo koszykarzy AZS Koszalin, które ma niewiele wspólnego ze „znaczkiem” AZS-u.

Jako swego rodzaju suplement grafika zbiorcza:
kolumna 1 – loga/herby klubowe z zachowaniem „znaczka” w tradycyjnej formie jako elementu logo/herbu;
kolumna 2 i 3 – loga/herby klubowe zmodyfikowane w różnym stopniu, jednak z zachowaniem elementów charakterystycznych – gryfa lub liter „ASZ”;
kolumna 4 – loga/herby stworzone od podstaw i nie mających nic wspólnego ze „znaczkiem” AZS-u. Tego właśnie nie kupuję (no może poza AZS UMCS Lublin Futsal Team, bo Pumba w miejscu gryfa budzi u mnie zawsze pozytywny uśmiech);
kolumna 5 – loga/herby klubów sportowych AZS-AWF, jako tych rządzących się trochę innymi prawami niż zwykłe KU.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 28 listopada 2011 w AZS Politechnika

 

Mam tak samo jak ty, miasto moje a w nim… Kawałek Barcelony na Bemowie

Nie, nie będzie o piłce nożnej, chociaż akurat szkółka FCB działa też na Bemowie. Będzie o czymś co pojawia się w powieści „Cień Wiatru” Carlosa Ruiza Zafona, której to powieści akcja toczy się w Barcelonie i co obecnie istnieje także na Bemowie. A tym czymś jest Cmentarzysko Zapomnianych Książek (CZK).
Najpierw trochę wprowadzenia w oparciu o „Cień Wiatru”. Daniel Sempere to główny bohater powieści, który trafia do niezwykłego miejsca: do „antykwariatu”, zapełnionego w całości takimi książkami, które nie są już nikomu potrzebne w domowej biblioteczce. W jego ręce trafia książka Juliana Caraxa o identycznym tytule, jaki ma ta, której jest bohaterem. Jak się później okazuje jest to ostatni na świecie egzemplarz książki tego autora, którą ktoś chce zniszczyć, podobnie jak pozostałe.
CZK nie jest w stolicy inicjatywą nową. Pod tą nazwą odbywa się już po raz trzeci, ale pierwszy na Bemowie. Poprzednie edycje, które odbyły się w Bibliotece Uniwersyteckiej zakończyły się ogromnym sukcesem. Tak twierdziły obie strony: organizatorzy i „mole książkowe”, które przygarniały książki.
Niestety po dwóch edycjach przyszedł czas na przeprowadzkę na ul. Szadkowskiego. Teraz jest znacznie skromniej, ale tylko jeżeli chodzi o miejsce. Z przestronnego mimo wszystko podziemia CZK przeprowadziło się do pawiloniku o powierzchni użytkowej zaledwie… 33 m2. Może i mało, ale i tak jest od góry do dołu, od lewej do prawej pozastawiany pudełkami z książkami. Pewnie pojawią się głosy o sposobie przetrzymywania tych książek. Ale inaczej się nie da takiej ilości utrzymać w tak małym miejscu. A przy okazji wygląda to naprawdę kameralnie.
Takie miejsce jest na pewno wspaniałą inicjatywą, która pozwoli na ocalenie przynajmniej części woluminów od skończenia żywota na skupie makulatury i przerobieniu na… papier toaletowy. Bo każdy szuka czegoś innego i każdy z poszukiwaczy uzupełnia się nawzajem w poszukiwaniach tej jedynej książki.
Jedyne co może trochę odstraszać to ceny. Bilet normalny za jedno wejście to 30 złotych. Za tę kwotę dostaje się dużą torbę, do której pakuje się wyszukane perełki. I ile udźwigniesz i zmieścisz w torbie tyle wyniesiesz. Ale są też zniżki: 25 złotych dla uczniów, studentów i emerytów oraz osób, które przyniosą na CZK przynajmniej dziesięć książek, które chcą zostawić dla innych poszukiwaczy. Jeżeli przyjdzie się w dwie osoby i obie będą pakowały do jednej torby, druga płaci za wstęp tylko 5 złotych. Więc przy „dobrych wiatrach” dwie osoby mogą wejść do CZK za 30 złotych, czyli po piętnaście na głowę.
Cmentarzysko czynne jest od 12 listopada do… nie wiadomo kiedy. Aż się książki nie skończą, a na to się prędko nie zanosi.
Poniedziałek, Środa, Piątek: 12.30 – 19.00
Wtorek, Czwartek: 10.00 – 16.30
Sobota: 10.00 – 13.00
ul. Szadkowskiego 2 A

Ja wpadnę tam w przyszłym tygodniu (jak zdrowie pozwoli), ale parę razy „przez szybę” do CZK zajrzałem, dlatego też piszę co widziałem.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 17 listopada 2011 w Warszawa

 

Węgierskim śladem: Koszulki reprezentacji Węgier

Wracam jeszcze na chwilę do koszulek reprezentacji piłkarskich. Tym razem już nie o koszulkach „Biało-Czerwonych”, a Węgrów.

Węgrzy grali dziś mecz towarzyski z reprezentacją Liechtensteinu. Wygrali 5:0 po bramkach Priskina (10′ i 20′), Dzsudzsáka (76′), Komana (79′) i Feczesina (89′), ale nie wynik jest najważniejszy. Podopieczni Sándora Egerváriego zagrali na Stadionie Ferenca Puskása w Budapeszcie w koszulkach upamiętniających jednego z najlepszych piłkarzy w historii węgierskiego futbolu, Flóriána Alberta. Na koszulkach niemieckiego producenta pojawiło się zdjęcie zmarłego przed kilkoma dniami napastnika Ferencvárosi TC i reprezentacji Węgier. Jak to wyglądało można zobaczyć na zdjęciach tu i tu. Przy okazji ciekawostka. Na węgierskie koszulki powrócił po kilku latach przerwy w 2010 roku herb Węgier.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11 listopada 2011 w Ferencváros, Piłka nożna, Węgry

 

FacebookLife: będę mieszkała w Chile przez 31 miesięcy

Jeżeli na profilu Twojej dziewczyny/znajomej/koleżanki/kochanki etc. etc. pojawia się wpis w stylu „Będę mieszkać w Amsterdamie przez 21 miesięcy.”, to nie bój się, że o czymś nie wiesz. Jest to po prostu kolejny facebookowy event, związany z kampanią walki z rakiem piersi.

Więc o co chodzi:

Statusy są związane z miesiącem i dniem urodzin. Poszczególnym miesiącom przypisane są pewne miejsca na kuli ziemskiej:
Styczeń: Chile
Luty: Londyn
Marzec: Miami
Kwiecień: Dominikana
Maj: Francja
Czerwiec: St. Petersburg / Sankt Petersburg
Lipiec: Austria
Sierpień: Niemcy
Wczesień: Holandia
Październik: Amsterdam
Listopad: Las Vegas
Grudzień: Kolumbia

Cały status jest tworzony wg. następującego schematu: Będę mieszkać w (tutaj nazwa miejsca odpowiednia do miesiąca w którym się dziewczyna urodziła) przez (tutaj cyfra z dnia urodzin) miesięcy.
Czyli np. jeżeli dziewczyna urodziła się 31 stycznia, to jej status będzie wyglądał tak: Będę mieszkała w Chile przez 31 miesięcy.

 
14 komentarzy

Opublikował/a w dniu 11 listopada 2011 w FacebookLife

 

Widziałem orła cień…

Wczorajsza śmierć Hanki Mostowiak w „M jak Miłość” jest niczym wobec burzy jaką wywołał PZPN (Polski Związek Piłki Nożnej – nie mylić z Prokuratura Zawsze Przeciwko Nam) nowymi strojami reprezentacyjnymi. Oto bowiem koszulki nadal są biało-czerwone, ale zniknął z nich „orzełek”… Chociaż właściwie nie zniknął…

Dzisiaj na Stadionie Miejskim we Wrocławiu zaprezentowano nowe koszulki reprezentacji. Polska drużyna zaprezentowała stroje, w których zawodnicy zagrają na EURO 2012. No jak mam być szczery to firma Nike jakoś nie powaliła mnie na kolana projektem koszulek. Patrząc na obecne trendy widać, że Nike ostatnimi czasy stawia w swoich projektach koszulek reprezentacji narodowych na tradycję i symbolikę, zaś ci, którzy wymagają wyimaginowanych (niemal secesyjnych) wzorów stawiają na Adidasa (patrzeć: Hiszpania, Niemcy, czy Argentyna). Ale to co popełnili projektanci przy koszulkach „Biało-Czerwonych” przerosło chyba najśmielsze oczekiwania i najbardziej krytyczne gusta. Szkoda tylko, że nie w tą stronę co trzeba.
Pierwsze moje skojarzenie po zobaczeniu tych zdjęć koszulek reprezentacji było takie: Turcja ??? Odpowiedź, dlaczego akurat takie jest zawarta tu. Potem przyszedł czas na dokładniejszą analizę, żeby nie napisać – sekcję zwłok.
Jednak trochę się różnią. Turcy mieli biały pas (opcjonalnie czerwony) aż do bocznych szwów na koszulce. Dla Polaków widać zabrakło, bo kończą się one znacznie wcześniej. Poza tym, czemu te innokolorowe [tak, takie słowo istnieje] elementy mają obwódkę w stylu „Taśma Klejąca Scotch”?? Czyżby na tym właśnie te prasowanki się trzymały reszty koszulki. Możliwe. Podobny patent został zastosowany na koszulkach Canarinhos, więc może coś w tym jest.

Całe jednak zabawy w odcinki, prostokąty i inne figury geometryczne przyklejane przeźroczystą taśmą klejącą to jedno. Drugie to fakt, że po godle państwowym, czyli – za odpowiednią ustawą – wizerunku orła białego ze złotą koroną na głowie zwróconej w prawo, z rozwiniętymi skrzydłami, z dziobem i szponami złotymi, umieszczonym w czerwonym polu tarczy słuch zaginął. I to wywołało burzę. Jak dla mnie (chociaż pewnie jestem w mniejszości) bezsensowną.
Przecież od lat 50. wieku ubiegłego wszyscy powinni wiedzieć, że od strony prawnej Reprezentacja Polski to tak na prawdę Reprezentacja związku sportowego, działającego na terenie RP, posiadającego osobowość prawną, będącego jedynym prawnym reprezentantem polskiej piłki nożnej. Trochę masło maślane, ale taka prawda i norma w tym kraju, że jak coś ma jakiś związek z prawem to musi być z tym prawem na opak.
I tak na prawdę, to „orzełek” w formie godła RP, widniejący na koszulkach to relikt poprzedniego ustroju (chodzi mi o PRL, a nie o IV RPPiS), do którego z natury rzeczy Polacy się przywiązali. Właśnie z tym „orzełkiem”, nad którym widniał napis POLSKA (co powodowało, że w rzeczywistości nie było to Godło RP / PRL, a coś co chyba nie było do końca określone czym jest) taki pan Jerzy Gorgoń zdobywał medale IO i MŚ. Ale już w tym samym okresie na koszulce Mario Kempesa, Franza Beckenbauera czy Jairzinho nadaremne było szukanie herbów państwowych. Zdecydowana większość liczących się federacji piłkarskich dawno porzuciła symbole narodowe na rzecz symboli właśnie krajowego związku piłkarskiego, pod który podlegają i którego reprezentacja jest częścią, podczas gdy u nas jeszcze za czasów Czereszewskiego (jak ktoś nie pamięta człowieka to 3-0 z Bułgarią w Burgas odświeży pamięć) nad „orzełkiem” widniał napis Polska. I tak jest do dziś, co można zobaczyć np. na tej i wielu innych stronach.
Nie jestem oczywiście przeciwko temu, żeby „orzełek” z godłem wrócił, ale nie róbmy też afery, że go nie ma. Inne związki piłkarskie też nie są święte, a jakoś nikomu nie przeszkadza to, że nie ma godła narodowego, a jest właśnie logo federacji. A może w tym właśnie jest klucz do lepszej gry reprezentantów…

A mi i tak najbardziej w ostatnich latach podobała się koszulka z husarzem. O ta.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 8 listopada 2011 w Piłka nożna