RSS

Archiwa miesięczne: Marzec 2012

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26 marca 2012 w AZS Politechnika, Siatkówka, Warszawa

 

Hej warszawska fanko Skierki…

Walentynki, Halloween, Finał WOŚP i mecz AZS PW – PGE Skra Bełchatów. Teraz zagadka: Co łączy te cztery dni? Odpowiedź: To, że budzą one skrajne emocje – walentynki są przeklinane przez singli, halloween przez katolików, finał WOŚP też ma swoich przeciwników, a mecz AZS PW ze Skrą wyklinam ja.
Chociaż nie do końca wyklinam. Czasami lubię się z tego zjawiska pośmiać w duszy. Ale potem przychodzi czas na refleksję. Smutną refleksję. Ale powoli.
Wraz z lawinowym niemal wzrostem ilości zajmowanych miejsc w Arenie Ursynów moja dusza się coraz bardziej raduje. Bo oznacza to, że przynajmniej przy tym meczu koszt wynajęcia hali zwróci się za same bilety. Niestety mój optymizm jest gaszony przez jakość osób, które zasiadają na krzesełkach. Bo to jest fenomen. Zdecydowaną większość kibiców stanowią na tym spotkaniu kibicki PGE Skry Bełchatów – bardziej lub mniej ubrane na żółto-czarno. Ja wiem, że z przywiązaniem do barw kibicowskich nie da się walczyć w sposób humanitarny, ale na wszystkie świętości, istnieje coś takiego jak patriotyzm lokalny. Polacy ponoć z niego słynęli kiedyś. Tylko, że niestety „kiedyś” to dotyczy bardziej czasów wojennych i powojennych gdy zamiast RP (i nie ważne czy III czy IV czy IIIbis) mieliśmy PRL. W wolnej Polsce coś z tym patriotyzmem lokalnym jest nie tak. Ja jestem Warszawiakiem (celowo z wielkiej litery piszę) i jakoś mnie tak wychowano, by cenić to co mam w moim mieście i go nie wyklinać (nie dotyczy to włodarzy tego miasta, których w duszy zdarza mi się krytykować bardzo często). Dlatego cieszę się zarówno z wygranych Polonii, Legii, i AZS PW, ale też Sparty, AZS-AWF i pomniejszych klubów sportowych z Warszawy.
I z trudno ukrywanymi wyrzutami patrzę na to, jak warszawskie dzieciaczki sprzedały swój patriotyzm PGE. Bo inaczej tego nazwać nie mogę. Bo oto kupi sobie taka „hot 14”, czy „hot 12” replikę, koniecznie najnowszej, tegosezonowej, koszulki PGE Skry z numerem 7 i nazwiskiem KUREK lub 2 i nazwiskiem… wiadomo jakim, by już uważać się za wielką fankę PGE Skry. Dlaczego piszę PGE Skry, a nie po prostu Skry?? A no dlatego, że poza tym, że w Skrze istnieje ktoś taki jak Kurek czy mister Skarpetka vel Szampon vel Boli-Mnie-Nóżka, którzy są w niej właśnie dzięki pieniądzom wlewanym w ten klub przez PGE, to niewiele wiedzą o tym klubie, a autografy zbierają od wszystkich, którzy są w ubiorach z logo Skry i idą w zwartej grupie obok Kurka i Mariusza W.. Ba… Często nawet nie wiedzą jak Kurek ma na imię i przez pół rozgrzewki przed meczem drą się po całej hali po nazwisku do niego, by tylko odwrócił się by te mogły zrobić zdjęcie. Zdjęcie, które lotem błyskawicy pojawi się na Facebooku, Naszej Klasie czy innym Gronie z podpisem w stylu „Ja i Kurek (w domyśle: dziesięć metrów dalej)”. Czasem nawet Bartkowi współczuję, że musi to wytrzymywać. Chociaż za takie pieniądze, może ja też bym podołał. A gdy już zacznie się mecz, to każde dotknięcie przez jednego ze wspomnianej dwójki piłki skutkuje dziesiątkami pisków na metr sześcienny hali. A jak, któryś zdobędzie punkt to euforia u niektórych dziewczynek sięga zenitu. Tak… Zenit to słowo-klucz, ale o tym za chwilę.
Wracając do fanki PGE Skry, to zapytałem dziś jednej z takich dziewczynek, która usilnie chciała iść na parkiet poprosić o autograf Bartka Kurka, czy wie jak się nazywa drugi libero Skry? Dodam tylko, że nie grał w meczu, ale stał wówczas dwa metry ode mnie i przez nikogo nie zaangażowany do rozdawania autografów gadał z jakimś znajomym. Dziewczynka ze zdziwieniem w oczach odpowiedziała: „A kto to jest libero?”. Na chwilę umarłem i wolałem już nawet nie pytać, czy wie jak się nazywa zespół z którym dziś PGE Skra grała. A jedyne czego szkoda to tego, że CenterMed zwinął się już ze stanowiskiem do badania ciśnienia krwi, bo by chyba skali zabrakło i by mnie natychmiast na OIOM zabrali.
Zenit, które to słowo uznałem za kluczowe, bo właśnie klub o tej nazwie pokazał Skrze, gdzie jest jej miejsce w europejskiej siatkówce: bardzo wysoko, ale nie na samym szczycie. I nie zwalajmy wszystkiego na tych sędziów, którzy się (ponoć) pomylili w piątym secie, bo wcześniej mylili się na korzyść Skry. Skry, która to nie wykorzystując tylu piłek meczowych, po których mogła spokojnie wygrać wcześniej została srodze ukarana.
Dlatego apeluję: Szanowna młodzieży. Jeżeli jakimś cudem czytasz te słowa, jesteś warszawianką/warszawianinem/warszawiakiem i kibicujesz Skrze, to jednak przypomnij sobie co to znaczy patriotyzm lokalny, poczytaj trochę o historii tego miasta i zobaczysz, że być może także Twoi przodkowie przelewali krew walcząc o wolne miasto i o to byś mógł bez problemów żyć w tym mieście. Poczytaj ilu sportowców Polonii, Warszawianki, AZS-u i innych klubów zginęło podczas wojny, za warszawski i polski sport. Może czasami warto odwdzięczyć się im i kibicować zespołowi z Twojego miasta. To mały gest, a może zrobić dużo. I nie przyniesie Ci to wielkiej ujmy, gdy zamiast rzucać się na Bartka, żeby podpisał Ci się na piersi – podopingujesz AZS-owi i kulturalnie podejdziesz i poprosisz o autograf po meczu.
Nie mówię jednak o tym, by od razu nienawidzić inne zespoły, bo ja też darzę sympatią takie kluby jak Resovię, Trefl Gdańsk czy AZS Olsztyn, ale zawsze najważniejsze miejsce w moim sercu będą miały kluby warszawskie. I nie ważne, czy za klubem będzie stał bogaty sponsor, a w składzie będzie 3/4 reprezentacji Polski, czy też będzie grał z dnia na dzień, zawodnikami, których nikt poza Stolicą nie zna.
Bo inaczej nie zdziw się jak ktoś Ci prosto w twarz wyśpiewa: „Hej warszawska fanko Skierki, nie wypadnij za barierki…” – to raz. A dwa, to jeżeli wszyscy by kibicowali PGE Skrze, to mogłoby się niedługo okazać, że aby zobaczyć PGE Skrę będziesz musiał/musiała jechać do Łodzi lub Bełchatowa, bo w Warszawie nie będzie klubu siatkarskiego.
Amen. A teraz czekam z nadzieją na młodszą siostrę „Skierkomanii” – „Jastrzębiomanii” w warszawskim wykonaniu.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 21 marca 2012 w Siatkówka, Warszawa

 

Cuda panie, cuda.


Wyliczankę klubów, które poległy w starciu z AZS PW w Challenge Cup znamy już na pamięć. To, co wielu uznawało za niemożliwe stało się faktem i absolutny pucharowy debiutant zagra w finale. Polskim finale, gdyż po przeciwnej stronie siatki za kilka dni stanie AZS z Częstochowy.
Po raz kolejny nie zgadzam się z dziennikarzami „Przeglądu Sportowego”, którzy triumf polskiego zespołu w Pucharze Challenge spychają głęboko w otchłań europejskiej hierarchii pucharowej, gdzieś między Puchar Wójta Nowej Wsi, a Puchar Strażników Miejskich w Pcimiu Dolnym. Zupełnie nie wiem czemu. Robienie z Pucharu Challenge – pucharu gorszego, trzeciej kategorii itp. jest „polskim piekiełkiem”. Bo jednocześnie oznacza to, że triumfy w tym pucharze takich zespołów jak Macerata, Perugia, Modena czy Arkas są niczym, a te zespoły są słabe jak piąta herbata parzona z tej samej torebki.
Czy na prawdę nie można się cieszyć, z tego co mamy i nie musimy przywoływać już tego nieszczęsnego sosnowieckiego Płomienia Milowice, który za czasów głęboko zakorzenionej demokracji ludowej wygrał Puchar Mistrzów.
I czy tak samo trzeba się wyżywać na nieszczęsnych sędziach meczu finałowego Ligi Mistrzów, w którym PGE Skra przegrała z Zienitem Kazań. Chyba nie. No bo co z tego, że sędzia przyznał punkt decydujący o pucharze Zienitowi, skoro parę razy dał punkty wcześniej Skrze. Jak koniecznie chcą się kłócić, to niech zatrudnią do tego ludzi z jednej z partii, którzy chętnie uznają takie działanie sędziego jako kolejny objaw wojny polsko-rosyjskiej i podeprą się katastrofą lotniczą w Rosji, rurociągiem po dnie Bałtyku i nie wiadomo jeszcze czym. Skra przegrała, bo była gorsza – Zienit wygrał, bo był lepszy. Krótka piłka.
A teraz się skupmy i kibicujmy Resovii oraz AZSowi, bo dwa puchary w jednym sezonie to i tak dużo. A pamiętajmy, że dwa puchary w stu procentach wywalczone po sportowej walce w każdej rundzie.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 19 marca 2012 w Siatkówka

 

Puchar pucharowi nierówny

Powoli zbliża się do końca sezon ligowo-pucharowy w siatkówce. Do rozegrania w większości krajów pozostają ostatnie kolejki sezonu zasadniczego lub już trwają rundy play-off. Podobnie jest w rozgrywkach pucharowych na „Starym Kontynencie”. MEVZA się skończyła, a puchary „cevowskie” również systematycznie zbliżają się do finałowych rozstrzygnięć.
O dziwo od dawien dawna (albo i jeszcze dawniej jeżeli chodzi o siatkówkę, bo w rodzimej piłce nożnej nigdy tak nie było) w każdym z trzech pucharów na szczeblu półfinałowym Challenge Cup, CEV Cup oraz Champions League mamy swoich przedstawicieli. Tylko o ile AZSowi i Resovii jak najbardziej życzę zdobycia pucharów to już Skrze niekoniecznie. Czemu ? O tym za chwilę.
Najpierw zacznę od Pucharu, który jakiś dziennikarzyna, opierając się o słowa nieistniejących ekspertów, określił mianem „Pucharu Śmietnika”. Czyli Puchar Challenge, którego pełna nazwa brzmi 2012 CEV Volleyball Challenge Cup – Men.
W ChC mieliśmy i mamy wciąż dwóch przedstawicieli. Od drugiej rundy kwalifikacyjnej gra AZS Politechnika Warszawska, a od pierwszej rundy zasadniczej gra „spadkowicz” z Pucharu CEV – Tytan AZS Częstochowa. Drabinka pucharowa ułożyła się niezwykle geograficznie. Warszawianie zwiedzali Europę Wschodnią: białoruski Żłobin, chorwacki Kaštel Stary, rosyjski Krasnodar i ukraiński Charków, a obecnie są w rumuńskiej Konstancy. Częstochowianie gościli zaś w Europie Zachodniej, a nawet poza jej stricte geograficznymi terenami: na portugalskich Azorach, hiszpańskiej Almerii, francuskim Rennes oraz teraz w belgijskim Menen.
Jakość i znaczenie wszystkich dotychczasowych przeciwników jest różna, jednak śmiało można powiedzieć, że oba AZS-y zrobiły dużo, dużo więcej nich od nich oczekiwano. Szacunek i doping dla tych zespołów należy się zwłaszcza za to, że grają w pucharze, do którego muszą dopłacać, nie mając z gry w nim praktycznie żadnych profitów finansowych.
Szkoda tylko, że duży sukces warszawskiego debiutanta nie jest praktycznie dostrzegany w okolicach Placu Bankowego. Tam fanfary można było usłyszeć w ostatnim czasie w momencie, gdy po przeciwnej stronie ulicy Łazienkowskiej, vis-a-vis Hali Torwar udało się wyjść z grupy w jakimś – również przez wielu ekspertów, tym razem z krwi i kości, uważanym za drugorzędny – Pucharze Europy. Radość nie trwała długo, bo klub ten pożegnał się już z rozgrywkami europejskimi i już tylko w lidze stara się zdobyć kolejne mistrzostwo, by po sezonie sprzedać młodych zdolnych Polaków, kupić w ich miejsce droższych, ale nie zawsze lepszych obcokrajowców podchodzących pod „trzydziestkę plus”.
Pod Jasną Górą jest trochę inaczej, bo tam poza [tu nazwa aktualnego sponsora tytularnego] AZS Częstochowa w mieście trudno o sport drużynowy na najwyższym w Polsce poziomie. Koszykówki brak, piłka nożna – była, ale do jej powrotu trochę trzeba poczekać… Ale i tam współpraca na linii klub – miasto mogła by mimo wszystko wyglądać lepiej.
Ale nic. Pozostaje czekać i liczyć na to, że za kilkanaście dni będziemy mieli dwa nadprogramowe mecze derbowe dwóch polskich AZS-ów.
Przenosimy się wyżej, do Pucharu CEV. Tam rozgrywki od pierwszej rundy rozpoczął Tytan AZS Częstochowa i Asseco Resovia Rzeszów. Pierwsi jak szybko zaczęli, tak szybko skończyli – przegrali z Halkbankiem Ankara i dalej grali w ChC. A „Sovia” rozjechała Lozannę, Apeldoorn i Sete. Później pomęczyła się z Fenerbahce i teraz zmierzy się z Lublaną. Rzeszowianie też zjeździli pół Europy i kawałek Azji i też po bojach wywalczyli sobie mecz z nieobliczalnymi Słoweńcami.
No i została nam Liga Mistrzów (i nie tylko Mistrzów). Dwa zespoły z Polski. „Kiedyś Chemik, kiedyś Mostostal” ZAKSA Kędzierzyn-Koźle oraz hegemon polskiej ligi z plusem – Skra Bełchatów. Fazę grupową oba kluby zgodnie zakończyły na drugim miejscu: ZAKSA za Trentino, Skra za Tours. Oba zespoły z drugich miejsc awansowały, jednak w drabince dwie rundy wyżej trudno je było znaleźć. Ale z różnych powodów. ZAKSA nie sprostała tegorocznej rewelacji ChL – Arkasowi Izmir, zaś Skra wraz z zakupem prawa do organizacji finału kupiła sobie prawo do ominięcia fazy play-off i nie musiała grać z Nowosybirskiem i jeszcze jednym zespołem. A że parkiet jest obiektywny to mogłoby się zakończyć odpadnięciem Skry z pucharu i by był lament, bo kolejne Mistrzostwo Polski już PGE nie wystarczy i główny sponsor bełchatowian zażyczył sobie w tym sezonie korony złożonej także z triumfu w Lidze Mistrzów. A z tym może być różnie, bo Arkas jedzie jak szalony walec, za kierownicą którego siedzi Diabeł wcielony (nie mylić z Kubą Bednarukiem) Liberman Cristhofer Agamez Urango po pucharowych przeciwnikach. Fakt, faktem, że w Łodzi Arkas nie będzie mógł liczyć na taką grupę fanatycznych kibiców, jak w Turcji, ale i bez nich jest to zespół, który nieprzypadkowo znalazł się w najlepszej czwórce tegorocznej ChL. Zaś co do Skry, to mam mieszane uczucia odnośnie zasadności ich gry w FF. Bo z jednej strony nie raz już w sportowej walce w podobnym składzie radzili sobie z przeciwnikami. Ale czy i tym razem by sobie poradzili? Nigdy się nie dowiem. Poza tym jest to dla mnie lekko naciągany awans do FF. Ciekaw jestem jakby zareagowali kibice, gdyby UEFA wprowadziła podobny sposób wyłaniania organizatora meczów półfinałowych i finału Ligi Mistrzów. Kto da więcej ten organizuje półfinały i finał i jest zwolniony z gier po fazie grupowej… Ok. Utopia, ale kwoty jakie by były w obrocie przy tej transakcji miałyby dużo zer na prawo od cyfry innej niż jeden. W siatkówce takich kwot nie ma i długo nie będzie, ale mimo to drobny niesmak kupienia sobie awansu do FF u mnie pozostaje.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 13 marca 2012 w Siatkówka

 

Prawdy objawione

Jejku. Udało się zremisować z Portugalią. Niewątpliwie władze PZPN-u mogą określić to mianem sukcesu. W końcu nie trzeba będzie w przyszłości pisać, że na starym-nowym „Stadionie Narodowym” (póki co nazwa się nie zmieniła) pierwszy mecz zakończył się blamażem – dajmy na to – 0:4.
Już od wczoraj wszyscy – od lewej do prawej, od Faktu do Dziennika Polskiego, od Szczecina do Krosna – pieją nad tym, jak to fajnie, że już „Narodowy” otwarty i jak fajnie, że udało się sprowadzić na ten mecz Portugalczyków i że udało się z boskim Cristiano i spółką po prostu nie przegrać. Sukces, nie ma co.
Ale prawda jest taka, że sukces został ogłoszony o wiele za wcześnie. Wokół stadionu nadal jest wiele niedoróbek i tymczasowych rozwiązań, które chluby stolicy Polski. OK. Nie można mieć wszystkiego i minimalne powody do radości są, ale żeby od razu na wszystkich portalach internetowych i gazetach na pierwszych stronach pisać o SUKCESIE, to gruba przesada.
Nastanie EURO2012, będzie zabawa i prawda o polskiej reprezentacji wyjdzie na jaw. Tak samo to, jak to wszystko wypadnie już w grze o punkty.
Ale – niestety – w cieniu otwarcia (któregoś z kolei) „Narodowego” pozostały prawdziwe sukcesy. Wczoraj AZS Politechnika Warszawska wygrała w Charkowie z Łokomotywem 3:2 i awansowała do półfinału siatkarskiego Pucharu Challenge. No ale po co o tym pisać więcej niż to co w depeszy agencyjnej. Przecież to piłka nożna jest sportem narodowym. A skoro jest to sport narodowy to czemu reprezentacja zajmuje coś koło 70. miejsca w rankingu FIFA ?? I może niech ktoś mi przypomni, które miejsce zajmuje reprezentacja siatkarzy w rankingu FIVB oraz w rankingu CEV? Na pewno nie jest to miejsce 70., a jakieś sześćdziesiąt wyżej. Podobnie siatkarska ekstraklasa, która jest w ścisłej europejskiej czołówce. No ale… piłka nożna nadal jest przez wszystkich wielbiona. Może i dlatego, że jej zasady najłatwiej zrozumieć. I może kiedyś to się zmieni. Może…

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 1 marca 2012 w Piłka nożna, Warszawa

 

Bo Warszawa to nie tylko Stadion Narodowy…

Druga runda koszykarskiej ekstraklasy nabiera rozpędu. Jedyny stołeczny reprezentant – AZS PW gra w piątek z ŁKS-em Łódź. Na tym meczu warto być !!!

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 1 marca 2012 w AZS Politechnika, Warszawa