RSS

Archiwa miesięczne: Wrzesień 2012

Gdzie Diabeł nie może, tam kierowcę pośle


Tramwaj jest wspaniałym wynalazkiem, jeżeli chodzi o sposób przemieszczania się po mieście. Ernst Werner von Siemens puszczając na szyny berlińskiego Groß-Lichterfelde pierwszy elektryczny skład nie przypuszczał jednak, że doskonałość jego wynalazku zmienia się wraz z szerokością geograficzną.
W Warszawie okazuje się, że tramwaj sprawuje się najlepiej tam, gdzie nie musi za często przecinać się z ulicami, po których porusza się więcej niż jeden samochód na minutę. Niech będzie więc pochwalony odcinek od Metra Młociny przez ul. Marymoncką do Metra Marymont. Tam bowiem jedynym skaraniem może być akuratny brak kilkuset V w przewodzie trakcyjnym.
Jak na złość, odcinek ten pokonuję raz w tygodniu – a wliczając powrót, to dwa razy – w niedzielę, jak jadę do pokamedulskiego kościoła na sumę. W pozostałe dni muszę zaś zdać się na ślepy los i zastanawiać, w które miejsce w Warszawie los raczy rzucić mniejszą ilość homo agitator, czyli „człowieków-kierowców”.
Homo agitator to funkcjonujący w Polsce gatunek, który uważa, że na drodze jest najważniejszy, zaś samochód jest naturalnym przedłużeniem jego ego, względnie egoizmu, który to we wspaniały sposób przejawia się na ulicy.
Sam mam prawo jazdy, ale samochodem jeżdżę rzadziej niż ateista pojawia się w kościele i trudno mi nawet próbować pojąć, czym kierują się przedstawiciele homo agitator, siadając za przysłowiowe „kółko”. Chociaż dziś niewiele brakowało, bym to w końcu zrozumiał. Otworzyli Marszałkowską, a ja głupi postanowiłem trasę biuro-dom pokonać nie autobusem właśnie przez Marszałkowską, a tramwajem Alejami Jerozolimskimi do Placu Zawiszy. Z przystanku Centrum do Placu Starynkiewicza jechałem 20 (słownie: dwadzieścia minut). I tak długą podróż tak relatywnie krótkiego odcinka, który według znawców z ZTM pokonuje się średnio w minut sześć zawdzięczam właśnie przedstawicielom homo agitator.
Stojąc w tramwajowym korku na wysokości PKiN oderwałem się od rzeczywistości książki Igora Zalewskiego „Ogólna teoria wszystkiego” (kryptoreklama, ale jak najbardziej słuszna, bo pozycja bardzo ciekawa) i wróciłem do rzeczywistości mojego miasta. Eksperymentalnie zacząłem liczyć w ilu samochodach, stojących w bratnim korku na jezdni północnej Alej Jerozolimskich. realizowany jest model 1+1, czyli 1 samochód + 1 osoba w środku. Było to trochę głupie zajęcie, bo oba zatory przemieszczały się w tym samym tempie i w zasięgu wzroku miałem niemal cały czas te same samochody. Jednak to wystarczyło, to wyliczenia, że 75% samochodów poza kierowcą przewoziło powietrze. I byłoby to jeszcze do zniesienia, gdyby były to samochody typu Fiat 126p. Jednak niestety były to landary o wiele większe.
Kulminacja, a raczej kumulacja homo agitatorów miała miejsce na rondzie przy Dworcu Centralnym. Tym osobnikom nie da się chyba wytłumaczyć prawdy powszechnie poza przedstawicielami homo agitatorów znanej, że DO JASNEJ CHOLERY, JAK ZA TOROWISKIEM NIE MASZ MIEJSCA, TO PO KIEGO WAŁA WJEŻDŻASZ NA TOROWISKO I BLOKUJESZ PRZEJAZD TRAMWAJOM? Apeluję. Albo postawmy tam policjanta, który będzie z szybkością błyskawicy wlepiał pięciuset złotowe mandaty, albo wprowadźmy przepis, że w przypadku bezmyślnego zablokowania torowiska, motorniczy tramwaju, który ma trzy minuty opóźnienia względem rozkładu ma prawo staranować takie auto i wina będzie leżeć tylko i wyłącznie po stronie homo agitarora. Bo głupotę trzeba zwalczać szybko i z hukiem.

EDIT: Pozdrawiam ekipę ze stołecznej GW, która pod wpływem mojego wpisu popełniła taki oto artykuł: Paraliż w centrum. „Kierowcy, przepuśćcie tramwaje!”.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 10 września 2012 w Warszawa

 

TVP a sprawa londyńska

Przypomina mi się kultowa i oklepana już scena z filmu „Miś”, gdy pani w urzędzie (chyba pocztowym) mówi, że „Nie ma takiego miasta jak Londyn”. Tegoż „Misia” pokazywała ostatnio po raz plus minus 123 TVP. Ta sama TVP uznała, że faktycznie miasta o nazwie Londyn nie ma. Po wielkich i wspaniałych i zakończonych z ogromną ilością dziesięciu medali igrzyskach całe miasto w mniemaniu TVP przestało istnieć, bo akurat trafił weń meteoryt.

Tymczasem Londyn istnieje i ma się dobrze. I na dodatek odbyła się, (bo gdy piszę te słowa, oglądam na oficjalnym streamie ceremonię zamknięcia) wspaniała impreza sportowa. Mianowicie były to Igrzyska Paraolimpijskie.

A nasza kochana TeleVizja Polska vel TeleVizja Publiczna stwierdziła, że im się nie chce, że nie ma pieniędzy, że to mało estetyczne, że sami nie wiedzieli czemu, ale nie pokazali tej imprezy. Czy zrobili słusznie? Zdania są w polskim społeczeństwie podzielone i to zgodnie z prastarą zasadą, że gdzie dwóch Polaków, tam przynajmniej trzy opinie i trzy zdania.

Ja uważam, że był to błąd TVP. Dziś miałem (dosyć niespodziewanie) okazję porozmawiać trochę o Igrzyskach Paraolimpijskich podczas „rodzinnego” obiadu. I podtrzymuję moje, dosyć oczywiste, stwierdzenie, iż to w tych Igrzyskach widać ideę igrzysk, która miała być przewodnią w wizji barona Pierre de Coubertin. Tu najważniejsze jest to, że chciało się startować. Tu nikt nikomu nie kazał wygrywać. Tu się nawet nie walczyło. Tu liczył się sam udział. Samo pokazanie, że się może, że się chce. Że wypadek czy choroba nie zawsze musi przed człowiekiem zamykać wszystkie drzwi. Wręcz przeciwnie, może otwierać inne, nowe drzwi.

Brawa dla Polaków, którzy wywalczyli 36 medali. I tylko szkoda, że żadnego z nich nie widzieliśmy wywalczanego na żywo w TVP.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 9 września 2012 w Inne

 

Bemowo On Air… na 50% mocy

Temat bemowskiego (a.k.a. babickiego) lotniska wałkowałem już na e-kartach bloga wiele razy. Czas ten cienki placek, który po wałkowaniu został posypać czymś, co doda mu smaku. Tym czymś będzie zdecydowanie jednodniowy pokaz lotniczy Bemowo On Air, który przydarzył się dziś.

2012 rok jest rokiem wielu lotniczych rocznic, a wszystkie te skumulowały się dodatkowo w okolicach 8 września. I z okazji tych wszystkich rocznic Aeroklub Warszawski popełnił wydarzenie pod nazwą Bemowo On Air. W sumie mogłoby się ono nazywać BBB On Air (BBB od Bemowo [lotnisko leży na terenie dzielnicy] Babice [bo taką nosi oficjalnie nazwę[ Bielany [bo w tej dzielnicy jest główne wejście na lotnisko]), ale nie chodzi o nazwę.

Już dotarcie do bramy głównej komuś, kto na swoje lotnisko wchodzi od strony Boernerowa, sprawiło trochę trudności. Ale dzięki temu wiem, skąd się wzięła nazwa ulicy Księżycowej. Od tamtejszego krajobrazu, bo początkowy kawałek tej ulicy przenosi w inny, nie mówię, że gorszy świat. Jest tam trochę inaczej i można uciec od tego całego miejskiego zgiełku, mimo iż nadal jest się w mieście, i to stołecznym.

Jak się okazało, to i tak nie wszedłem bramą główną, a jakimś pobocznym wejściem zorganizowanym na czas BOA. Trudno 😉 I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie ten chińsko-tajwański jarmark zabawek. Już przeżyłem zapach lodów (2,50 za sztukę) zmieszany z zapachem smażonej na ruszcie kiełbaski (nie wiem ile za sztukę). W końcu udało się przedrzeć przez strefę plastikowo-gastronomiczną na plac przed hangarami i… zaskoczenie. Samoloty są, owszem, ale za barierkami. Żeby do nich podejść trzeba było być VIPem.

Ja przeżyję, bo i tak samoloty te znam. Jedne lepiej, drugie gorzej, ale znam. Ale młodzież by może chciała zobaczyć i dotknąć te cuda. Przynajmniej część.

CDN…

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 8 września 2012 w Warszawa