RSS

Archiwa miesięczne: Sierpień 2016

Polak internetowy – gatunek do reedukacji

No już po losowaniu fazy grupowej Ligi Mistrzów 2016/2017. W tym sezonie pojawi się w rywalizacji o piłkarskiego Graala polski klub – Legia Warszawa. Chyba wszyscy wiedzą już, że Legia zagra z: Real Madrid Club de Fútbol, Ballspielverein Borussia 09 Dortmund i Sporting Clube de Portugal.

Oczywiście ledwo się losowanie skończyło, ledwo się na fanpejdżach ww. klubów pojawiły grafiki informujące o kształcie grupy, a już pojawiło się to, co pojawić się musiało, czyli masa komentarzy pod postami co to ta wielka Legia (ta sama, która niemal fartem wślizgnęła się do fazy grupowej) zrobi z Realem, Borussią i Sportingiem (ten ostatni obrywa najmniej póki co). Oczywiście komentarze te zazwyczaj pojawiają się w języku, który na upartego można nazwać językiem polskim, ale zdecydowanie nie polskim literackim.

Cytaty wybrane (pisownia oryginalna):

#PAZDANKING SZYKUJ DU*Ę RONALDO

LEGIA Warszawa , to najlepszy klub , kto nie wierzy , ten H.. mu w dziub , hu. Mu w dziub
I Love Real and it’s best team in the World but You dont have Chance with LEGIA Warszawa

Jak widać poza językiem zbieżnym z naszym nadwiślańskim, pojawiają się wpisy z językiem angielskim, przy czym stopień tego angielskiego bywa mocno różny.

Ponadto mamy jeszcze falę oburzenia (przy czym „oburzenie” to bardzo łagodne określenie) na polskich sympatyków Realu / Borussii / Sportingu (chyba są ci ostatni w Polsce też), którzy deklarują, że przyjadą do Warszawy na mecz dopingować przyjezdnych.

Czytając wpisy można poczuć konsternację i trochę nawet żal, że o bardziej ekspresyjnych emocjach nie wspomnę, że taki obraz nam taka dzieciarnia robi w świecie. Oczywiście, jak piłka i internet stare, tak stare są internetowe przepychanki, ale mam wrażenie, że ukrywający się za wszelkiej maści awatarami osobnicy powstali bądź zrodzeni na polskiej ziemi bądź z polskich rodziców (bo wstyd i duże nieporozumienie napisać o takich po prostu „Polacy”) koniecznie chcą w tej dyscyplinie wieść prym i rykoszetem robią z Polski wiochę. Bo o ile braki w wyedukowaniu w języku angielskim można jeszcze wybaczyć, to poziom języka ponoć ojczystego tych osobników sprawia, że chyba nie dorośli oni do użytkowania portali typu Facebook.
Tak samo sprawa się ma z reżimem dopingowym pod tytułem „Jesteś z Polski – musisz kibicować Polakom”. Matko Bosko… Kibicować Polakom to ja kibicuję, a i owszem – jak grają reprezentacje czy startują reprezentanci (chociaż czasem są sytuacje gdy kibicuję mocniej – bo kibicowanie im mam w standardzie – węgierskim reprezentacjom bądź sportowcom). Ale czy mam o b o w i ą z e k kibicować? Konstytucja czy inne ustawy nie zmuszają mnie do tego. Mogę, ale nie muszę. Jeżeli jestem z ośrodka, który nie jest związany z Legią (np. Poznań, Kraków, Gdańsk…) to może być mi przecież nie do końca po drodze z Legią. Albo mogę od wielu lat być kibicem innego klubu zza granicy – dajmy na to AC Milan. I co, gra AC Milan raz na 10 lat w Polsce… I co? Mam jechać na mecz i dopingować przeciwko niemu? No trochę tego nie widzę.

Niestety tego tatałajstwa nie da się wyplenić, ale może jest szansa jeszcze wyedukować bądź reedukować. I można by do tego zadania zagonić tych wszystkich „speców” od coachingu, czyli pierdzielenia motywujących frazesów za kasę. A jak oni nie dadzą rady, to można jeszcze rzucić w nich szafiarkami. Dwie, a nawet trzy pieczenie uda się na jednym ogniu upiec.

Ja, mimo mojej małej wiary w jakiekolwiek punkty wywalczone w tej grupie, będę przychylnym okiem patrzył na poczynania Legii w pojedynkach z Realem i Sportingiem. Co do meczu z Borussią, to moja sympatia będzie na szali zakładanej m.in. przez Polaków Borussii. Może nie będę rzucał wszystkiego by zobaczyć mecz, mogę nawet jednego meczu nie zobaczyć, ale jak Legii się coś uda ugrać, to będę zadowolony.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 25 sierpnia 2016 w Bez kategorii

 

Na co komu dziś Liga Mistrzów… 


Dziś wielki dzień. To znaczy, cokolwiek się stanie to on będzie wielkim dniem. Pesymistycznie – Dundalk FC nie odrobi strat i nie awansuje do Ligi Mistrzów , optymistycznie – Dundalk FC straty odrobi i do Ligi Mistrzów awansuje. Dlaczego tak? O tym niżej.

Może nie będę odosobniony w takim myśleniu, ale Legia nie zasłużyła na awans do Ligi Mistrzów po tym, co do tej pory pokazał stołeczny zespół. Mówi się, że szczęście sprzyja lepszym, ale limity szczęścia się kiedyś kończą.

Po pierwsze: od pierwszej swojej rundy eliminacyjnej Legia prześlizgiwała się dalej, nie pokazując nic, co by można było uznać za oznakę gotowości do gry w Lidze Mistrzów. A na tym etapie należałoby mieć już za sobą mecze wyraźnie wygrane. Legii takich meczów brakuje, bo nawet z półamatorskim Dundalk FC wygrana przyszła w męczarniach. I wcale nie jest powiedziane, że Legia rewanż wygra. Piłkarze Dundalk FC wiedzą, że dla nich przeciwnik taki jak Legia to los na loterii, i że być może pierwszy i ostatni raz w swoich karierach są tak blisko Champions League. Z drugiej strony nie ma się co oszukiwać, że czy Legia czy Dundalk FC znajdzie się w tych rozgrywkach, to w fazie grupowej będzie w najniższym możliwym koszyku i będzie mocno egzotycznym zespołem – na miarę Debreceni VSC czy Łudogorca, które w ostatnich latach pojawiały się w Lidze Mistrzów.

Po drugie: Mijają sezony, a w Legii coraz mniej jest wyraźnej długoterminowej polityki budowania klubu. Zawodnicy przychodzą, odchodzą, zmieniają się trenerzy jak sezonowe rękawiczki. Nie na tym to wszystko chyba polega. Casus Arsenalu Londyn będzie najlepszy. Tam Wenger przychodził do średniej jakości drużyny, by powoli budować zespół mogący spokojnie awansować z fazy grupowej LM minimum do Pucharu UEFA / Ligi Europy. Ale na to potrzeba było spokoju i paru sezonów. Nic nie da się zbudować od razu. Nawet ten nieszczęsny Kraków (Wisły też to się tyczy) nie został zbudowany natychmiast. Tylko czy włodarze z Łazienkowskiej o tym wiedzą? Śmiem twierdzić, że chyba nie do końca. I jaki jest efekt? Taki, że Legia to takie ZOO; zebrano w jedno miejsce różne zwierzęta na pokaz za opłatą. Niby wygląda to ładnie, ale tylko jak patrzy się osobno – razem to by się to pozjadało, a w najlepszym przypadku nie chciało ze sobą dogadać. Legia powinna budować stado, a kolejny sezon buduje ZOO. I za dziwną politykę klubu obrywają piłkarze. Najnowszą ofiarą jest Kuba Rzeźniczak. Jeden z niewielu piłkarzy tego klubu, których darzę dużym szacunkiem, estymą. No ale taki Kuba, oddany temu klubowi jak cholera, grający w nim wiele lat, z dnia na dzień zostaje z klubu „usunięty”, bo chyba przestał komuś pasować… Eh… A ponoć mamy klub profesjonalny…  Chyba w profesjonalnym klubie nie tak powinno się traktować zawodników, którzy oddali temu klubowi serce. To nie czas i miejsce na radosną dezynwolturę włodarzy Legii. I to nie ogranicza się w sumie tylko do zawodników, ale i do tych, którzy nie biegają po boisku, a za biurkami dzień po dniu pracują dla klubu (i dla idei). Bo zaczyna trochę to przypominać dzielenie skóry na niedźwiedziu w stylu prezydenta Putina: „jeszcze tego niedźwiedzia nie złapałem, ale on już wie, że ja tego dokonam i nikt mi nie przeszkodzi”. Ale obecna Legia to już chyba nie – tworzony przecież i przez długo zarządzany pośrednio lub bezpośrednio przez „czerwoną” Moskwę – CWKS, a i Czerczesowa też już w szatni próżno szukać. To skąd taka polityka rodem z Kremla? Nie wiem. Za to w tym momencie nawet bardzo cieszę się z tego, że serbski Węgier Nemanja Nikolics opuści Legię i zagra w Hull City.

Po trzecie: Legia jest klubem specyficznym. Zwłaszcza w Stolicy. Niby ma kibiców, ale statystycznie to więcej ich ma poza Warszawą bądź wśród ludności napływowej niż wśród rodowitych Warszawiaków. Niestety nadal nad klubem wisi łatka kibolskiej gałęzi sympatyków tegoż klubu, którzy chętnie wykorzystaliby fakt awansu do Ligi Mistrzów, co klub poważnie odczułby finansowo. Kary, sankcje, nagany – to wszystko uszczupliłoby poważnie dochody z awansu. Chyba, że na to Legia jest przygotowana i ma subkonto z pieniędzmi na takie okoliczności.

Po czwarte: Legia może powtórzyć scenariusz, tak dobrze znany do niedawna z meczów reprezentacji, czyli „mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor”. Tylko, że w wersji rozbudowanej, bo sześciokolejkowej. Nie oszukujmy się, na kogo byśmy nie trafili to zagramy z minimum jednym potentatem z którejś z pięciu najlepszych i najmocniejszych lig Starego Kontynentu. Bo tu na ślepy los już liczyć nie możemy. Dla nich Legia to będzie dostarczyciel punktów i konieczność wizyty w krainie niedźwiedzi polarnych, a każda strata chociażby punktu będzie bardziej dziwiła tamtejszych dziennikarzy, niż radowała naszych. Dla Legii będzie to istne deja vu z rozgrywek Ligi Europy, gdy co bardziej złośliwi obstawiali, czy stołeczna drużyna zakończy rozgrywki bez punktu i bez bramki. Podobnie będzie teraz, tylko stawka dużo większa. I co wtedy powie opinia publiczna? Radości raczej dużo nie będzie.

Oczywiście  jestem pewnie w mniejszości i dzisiejszego meczu nie traktuję jako mecz historyczny, bo takie mecze decydujące o awansie do Ligi Mistrzów, z dwubramkową zaliczką, powinny być grane co roku. No ale, że nie są, to niech się nam populacja cieszy. Jak Legia awansuje, to będzie sukces, bo z taką atmosferą jak obecnie, to może być ostatni powód do radości na europejskim podwórku i Legii zostanie tylko LOTTO Ekstraklasa. Chyba, że za powód do radości uznamy zastrzyk gotówki. Ale przecież ta gotówka rozejdzie się bardzo szybko. Zwłaszcza, jeżeli ma to być pierwszy krok do częstszych wizyt Legii w Lidze Mistrzów jako uczestnik. A jak się by jednak nie udało teraz (albo i jakby się udało, i poświęcono ten sezon na naukę i zebranie finansów), to może na stulecie Legii w 2020 roku. Będzie wówczas dobra okazja, a i doświadczenie będzie większe.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 23 sierpnia 2016 w Bez kategorii

 

Tagi: , , , , , , , , , , ,

Rio, Rio i po ryju… 

Igrzyska XXXI Olimpiady w Río to od paru godzin przeszłość. Mieliśmy 17 dni i nocy sportowej rywalizacji na najwyższym możliwym poziomie (z wyłączeniem piłki nożnej mężczyzn, gdzie turniej finałowy to taki bardziej turniej finałowy rozgrywek o Puchar Nadziei Olimpijskich, bez największych gwiazd, bo to kadry U-23 z maksymalnie trzema starszymi). Te niecałe trzy tygodnie przyniosły nam tyle nowych pytań, co odpowiedzi na te starsze, dotyczące kondycji polskiego sportu.

Kolarstwo

Mamy dwie Majki i dwa medale.

Oglądałem cały wyścig ze startu wspólnego mężczyzn i nadal jestem pod wrażeniem tytanicznej pracy Michała Kwiatkowskiego i Rafała Majki w tym wyścigu. Jeden uciekał przez niemal cały wyścig, drugi uciekł na szalonym zjeździe i dał się dogonić tylko dlatego, że nie jest specjalistą w takich końcówkach. Słowa uznania oczywiście dla tych w cieniu, bo Maciej Bodnar czy Michał Gołaś zrobili również kawał dobrej roboty w tym wyścigu. Plus także dla młodego Bodnara za dobry wyścig indywidualny i pokazanie, że można.

Majka Włoszczowska udowodniła, że przez dekadę można nie schodzić poniżej pewnego poziomu sportowego. I dobrze, bo przyjemnie się ogląda rywalizację, w której walczy się nie tylko ze złośliwą trasą, lecz także z rowerem i własnymi słabościami. Podejrzewam, że niejeden facet nie dojechałby do mety tego wyścigu, o medalowej pozycji nie wspominając.

Sporty walki

Co tu się stało? Poza Moniką Michalik i jej brązem, to polegliśmy we wszystkim, od judo przez szermierkę po taekwondo i zapasy. Apetyty medalowe były, ale trzeba się było najeść jedną przekąską. Oczywiście, gdzieniegdzie notowaliśmy pojedyncze sukcesy i serce mocniej zabiło, gdy nasz reprezentant bądź reprezentantka wygrywali swoją walkę. Ale medali jak na lekarstwo.

Ciężary

Największą tajemnicą tych Igrzysk pozostanie sprawa tego, kto – bez wiedzy i zgody zainteresowanych – podał braciom Zielińskim niedozwoloną substancję. I dlaczego dziwnym trafem akurat próbki były tak długo badane i dlaczego akurat tych zawodników, co do których krajowy związek miał pozasportowe pretensje w okresie przygotowawczym, spotkały te dopingowe wpadki. Bracia Zielińscy są najnormalniej w świecie wkręcani w jakieś bagno i zamiast ich skazywać na banicję trzeba ich jak najszybciej z tego bagna wyciągnąć. Bo jak pokazały zawody, sprawa ta odbiła się na całej ekipie naszych sztangistów i skończyło się bez medalu po raz pierwszy od kilku dekad.

Wiosła i kajaki

Bydgoszcz może i zapewne jest dumna ze swoich wioślarek i kajakarek. Dwójka i czwórka (ta druga osada wsparta zaciągiem warszawskim i krakowskim) w wiosłach i połowa kajkarskiej osady K-2 dała nam wiele powodów do radości, mimo czasem późnych godzin ich startów. Chociaż już nie ma naszych „Dominatorów”, to są spadkobiercy ich tradycji i o wioślarstwo i kajakarstwo w perspektywie Tokio się nie martwię.

Sporty drużynowe

Jeżeli do Rio nie zapaliła się lampka ostrzegawcza przy naszej drużynie siatkarskiej, to teraz świecić się ona powinna niczym latarnia morska w najciemniejszą noc. Tragicznie nie jest, chociaż było bardzo blisko, ale jest bardzo źle. Po dwóch latach od Mistrzostwa Świata okazuje się, że tamtej drużyny już nie ma. Jest cześć nazwisk, ale czegoś brakuje. Tylko czego? Odpoczynku, mniejszej presji (w tym dziennikarskiej), szczerego rachunku sumienia każdego zawodnika – tego wszystkiego po trochu. A i pewnie inne rzeczy się znajdą. Ważne jest tylko, by w końcu znaleźć antidotum, bo inaczej pacjent nam się wykrwawi. I to szybciej niż przypuszczamy.

Inaczej jest u piłkarzy ręcznych. Oni zrobili tu sukces. Wiem, gdzie indziej brak medalu uznaję, za brak sukcesu, a tu sukces? Tak ale to jest sukces wydarty ze szponów przeciwników i wbrew logice. W tej reprrzentacji dokonuje się zmiana pokoleniowa i potrafimy wykorzystać nowe talenty i dopasować ich grę do wymogów kadry. Bo przecież kończy się era Sławka Szmala, braci Jureckich czy Adama Wiśniewskiego (chociaż wszyscy oni mają jeszcze kilka lat grania przed sobą), ale mamy następców. Piotrek Wyszomirski, którego mam niewątpliwą przyjemność znać od czasów, gdy grał jeszcze w Wiśle Puławy (aka Azoty), Michał Daszek, Michał Szyba czy przywdziewający koszulkę FC Barcelony Kamil Syprzak – oni dadzą nam jeszcze wiele chwil radości, zgodnie z zasadą „wygramy spokojnie jedną bramką”. Jeżeli tylko nie będzie więcej „petrotworów” takich jak „reprezentacja” Kataru, to o naszą ręczną jestem spokojny.

Tenis

Tenis leży i kwiczy. Radwańska powinna chyba wykreślić Igrzyska że swoich startów, bo wygląda to dziwnie, gdy wszyscy wielcy potrafią, a Radwańska znów przepada w pierwszych rundach. Podobnie Jerzy Janowicz. Nasz „Jerzyk” ewidentnie nie poradził sobie z oczekiwaniami, jakie pojawiły się po Wimbledonie 2013. Przepadł w czeluściach rankingu tenisistów i na ten moment nie ma przesłanek, by miało się zacząć dziać lepiej.

Lekkoatletyka

Królowa sportu nad Wisłą ma się nieźle. Polacy generalnie nie zapomnieli, jak się rzuca. Anita Włodarczyk rzuciła złoto, Piotr Małachowski rzucił srebro, a Wojciech Nowicki rzucił brąz. Szkoda tylko, że spalił się Paweł Fajdek i gdzieś uciekła forma Konrada Bukowieckiego, Michała Haratyka czy Roberta Urbanka, bo byłoby wspaniale. Oczywiście nie zapominam też o „nestorze” Tomaszu Majewskim. On co miał zdobyć to zdobył i nie można wymagać by zdobywał więcej. Ogromne gratulacje także dla Marii Andrejczyk. Nasza młodziutka oszczepniczka jest naszą nadzieją olimpijską na Tokio. Jeżeli tylko dobrze poprowadzi się jej karierę, to będziemy mogli być z niej dumni.

Tak samo dumni możemy być z Asi Jóźwik, która w finale 800 metrów zajęła piąte miejsce spośród startujących (i trzecie wśród kobiet bez męskiego poziomu testosteronu). Ponadto dobry poziom, chociaż nie medalowy, trzymają sztafety 4×400 metrów.

Szczęścia zabrakło zaś Adamowi Kszczotowi czy Kamili Lićwinko, ale myślę, że dla nich to nie są ostatnie Igrzyska.

Osobnym tematem jest Ewa Swoboda. Obawiam się, czy będzie ona w stanie pojawić się jeszcze na Igrzyskach. Za szybko stała się – jak dla mnie niezasłużenie – medialną gwiazdą. Gwiazdą niewspółmiernie wielką w porównaniu z osiągnięciem. Jeżeli ktoś jej nie ostudzi głowy i nie wychowa, to przeleci jak meteor przez kadrę olimpijską i zniknie w rodzinnych Żorach.

Pływanie

Tak jak z ciężarami i sportami walki, tak i z pływaniem coś się stało. Na Igrzyska pojechała liczna i doświadczona kadra, a jednak skończyło się dość sensacyjnie, bo choćby bez jednego krążka. Oby tylko w Tokio było lepiej.

Oktawia Nowacka

Na koniec osoba Oktawii Nowackiej. Miała być w okolicach podium, a skończyła na nim. Z brązem, który przez trochę mógł być złotem. Ale nawet medal z tego najmniej cennego kruszcu jest czymś niezwykłym, bo ta najwszechstronniejsza rywalizacja jest ze swojej natury najtrudniejsza, a mimo to Oktawia przez kolejne dyscypliny przechodziła z uśmiechem na ustach – dosłownie.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 22 sierpnia 2016 w Bez kategorii