RSS

Archiwum autora: Fradi

Za Antigą jeszcze zapłaczą… 


Chciałbym się mylić. Serio, chciałbym. Ale bez powoływania się na jakiekolwiek dokumenty zaswiadczające o nieomylności mojej osoby wiem, że się pewnie nie pomylę bardzo z tym stwierdzeniem, że za Stéphanem Antigą jeszcze zapłaczą włodarze PZPS-u.
Tak, jestem przeciwnikiem odwołania Antigi z funkcji selekcjonera reprezentacji Polski. Selekcjonera. Se-lek-cjo-ne-ra. Stéphane nie był przysłowiowymi wszystkimi świętymi w reprezentacji, on był głównie osobą, która decydowała o osobowym kształcie kadry. Traf chciał, że w 2014 roku dysponowaliśmy silną kadrą Polski, więc Antiga wchodził na bezpieczny grunt. Ale czempionat się skończył, medal przyszedł i nastał czas zmiany warty. Część zawodników zakończyła kariery reprezentacyjne, część dopadły przewlekłe kontuzje i ze złotej drużyny w dwa lata po tryiumfie niewiele zostało czynnych graczy w kadrze. Ale przecież temu wszystkiemu winny Antiga – zaawansowanemu wiekowi filarów, kontuzjom itd. itd.

Prawdopodobnie Antiga winny jest też temu, że nasze młodsze pokolenia zawodników mają wpojoną już inną siatkówkę niż starsi koledzy. Niby 6 zawodników i 3 odbicia piłki, czyli fundament tej gry, pozostał niezmienny, ale zmiany w mentalności i drobne, ale częste zmiany w przepisach robią swoje i mamy tego efekty. Bo przyznam szczerze, że pojawiające się w prasie teksty typu „zawodnicy nie pójdą za trenerem w ogień” śmieszą mnie ogromnie. Każdy kto ma chociaż trochę oleju w głowie i zna się na psychice człowieka zrozumie, że za taki stan rzeczy winić należy także zawodnika. Bo co to za profesjonalista, który pod flagą narodową nie widzi sensu się zmotywować dla wspólnego dobra i celu, nawet gdy pomysł trenera jest odmienny od pomysłu zawodnika. Nikt nie każde zawodnikowi podczas meczu latać z mopem czy podawać piłek. Podczas meczu spełnia on swoją rolę grając na boisku i do takiej roli przewiduje go selekcjoner.

Prawdopodobnie Antiga winny jest też temu, że polski kibic jest kibicem na wskroś specyficznym – jak jest dobrze, to „my wygrywamy”, jak jest źle, to „oni przegrali”. Solidarności z tą drużyną na dobre i złe w społeczeństwie brakuje, bo kibicem sukcesu być łatwo. A gdy jest źle, to się najłatwiej odwrócić i zamiast na chłodno analizować co jest problemem i jak go rozwiązać, to oskarża się po najmniejszej linii oporu. Ileż jest teraz osób, które cieszą się z odejścia Francuza z reprezentacji, a które to osoby swoją wiedzę o reprezentacji opierają o portale plotkarskie i ranking najprzystojniejszych zawodników (czyli m.in. takich, którzy cieszą się z tego, że Kurek zagra znów w Skrze, ale nie znają większości składu tejże Skry poza Kurkiem). 

Prawdopodobnie Antiga winny będzie też temu, że obejmujący po nim kadrę trener też nie wywalczy od razu medali. Bo przecież Stéphane zostawia kadrę w rozsypce i totalnym rozgardiaszu. Ciekaw jestem nazwiska zagranicznego trenera, który obejmie reprezentację po Stéphane’ie. Tak, zagranicznego. Bo z polskich trenerów tylko jeden by się nadawał, ale wątpię czy Resovia pozwoliłaby na odejście generała ich okrętu. Poza Andrzejem Kowalem nie ma obecnie trenera, który byłby w stanie poprowadzić reprezentację do wymiernych sukcesów. (musiałbym się może mocniej przyjrzeć lidze kobiet, ale w męskiej lidze nie ma szans by kogoś znaleźć).

A może po prostu Stéphane stał się kolejną ofiarą abstrakcyjnego, by nie powiedzieć chorego, myślenia decydentów i po prostu postanowiono pozbyć się człowieka mającego ogromną pasję do tego co robi i nie będącego stricte najemnikiem, a człowiekiem stąd, ale z innych względów będącego niewygodnym i niepasującym do idealistycznych (utopijnych?) planów kogoś ponad tym. I nie jest to spiskowa teoria, tylko rzeczywistość, która dotknęła polską siatkówkę, a Antiga nie byłby pierwszą jej ofiarą w ostatnim czasie.

(PS. We wpisie zawarte jest dużo prawdy, ale często podane w sposób ironiczny, dlatego tylko w całości przeczytany ma sens zgodny z zamierzeniem autora, czyli moim).

„FP”

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 13 października 2016 w Bez kategorii

 

Tagi: , , , ,

Polak internetowy – gatunek do reedukacji

No już po losowaniu fazy grupowej Ligi Mistrzów 2016/2017. W tym sezonie pojawi się w rywalizacji o piłkarskiego Graala polski klub – Legia Warszawa. Chyba wszyscy wiedzą już, że Legia zagra z: Real Madrid Club de Fútbol, Ballspielverein Borussia 09 Dortmund i Sporting Clube de Portugal.

Oczywiście ledwo się losowanie skończyło, ledwo się na fanpejdżach ww. klubów pojawiły grafiki informujące o kształcie grupy, a już pojawiło się to, co pojawić się musiało, czyli masa komentarzy pod postami co to ta wielka Legia (ta sama, która niemal fartem wślizgnęła się do fazy grupowej) zrobi z Realem, Borussią i Sportingiem (ten ostatni obrywa najmniej póki co). Oczywiście komentarze te zazwyczaj pojawiają się w języku, który na upartego można nazwać językiem polskim, ale zdecydowanie nie polskim literackim.

Cytaty wybrane (pisownia oryginalna):

#PAZDANKING SZYKUJ DU*Ę RONALDO

LEGIA Warszawa , to najlepszy klub , kto nie wierzy , ten H.. mu w dziub , hu. Mu w dziub
I Love Real and it’s best team in the World but You dont have Chance with LEGIA Warszawa

Jak widać poza językiem zbieżnym z naszym nadwiślańskim, pojawiają się wpisy z językiem angielskim, przy czym stopień tego angielskiego bywa mocno różny.

Ponadto mamy jeszcze falę oburzenia (przy czym „oburzenie” to bardzo łagodne określenie) na polskich sympatyków Realu / Borussii / Sportingu (chyba są ci ostatni w Polsce też), którzy deklarują, że przyjadą do Warszawy na mecz dopingować przyjezdnych.

Czytając wpisy można poczuć konsternację i trochę nawet żal, że o bardziej ekspresyjnych emocjach nie wspomnę, że taki obraz nam taka dzieciarnia robi w świecie. Oczywiście, jak piłka i internet stare, tak stare są internetowe przepychanki, ale mam wrażenie, że ukrywający się za wszelkiej maści awatarami osobnicy powstali bądź zrodzeni na polskiej ziemi bądź z polskich rodziców (bo wstyd i duże nieporozumienie napisać o takich po prostu „Polacy”) koniecznie chcą w tej dyscyplinie wieść prym i rykoszetem robią z Polski wiochę. Bo o ile braki w wyedukowaniu w języku angielskim można jeszcze wybaczyć, to poziom języka ponoć ojczystego tych osobników sprawia, że chyba nie dorośli oni do użytkowania portali typu Facebook.
Tak samo sprawa się ma z reżimem dopingowym pod tytułem „Jesteś z Polski – musisz kibicować Polakom”. Matko Bosko… Kibicować Polakom to ja kibicuję, a i owszem – jak grają reprezentacje czy startują reprezentanci (chociaż czasem są sytuacje gdy kibicuję mocniej – bo kibicowanie im mam w standardzie – węgierskim reprezentacjom bądź sportowcom). Ale czy mam o b o w i ą z e k kibicować? Konstytucja czy inne ustawy nie zmuszają mnie do tego. Mogę, ale nie muszę. Jeżeli jestem z ośrodka, który nie jest związany z Legią (np. Poznań, Kraków, Gdańsk…) to może być mi przecież nie do końca po drodze z Legią. Albo mogę od wielu lat być kibicem innego klubu zza granicy – dajmy na to AC Milan. I co, gra AC Milan raz na 10 lat w Polsce… I co? Mam jechać na mecz i dopingować przeciwko niemu? No trochę tego nie widzę.

Niestety tego tatałajstwa nie da się wyplenić, ale może jest szansa jeszcze wyedukować bądź reedukować. I można by do tego zadania zagonić tych wszystkich „speców” od coachingu, czyli pierdzielenia motywujących frazesów za kasę. A jak oni nie dadzą rady, to można jeszcze rzucić w nich szafiarkami. Dwie, a nawet trzy pieczenie uda się na jednym ogniu upiec.

Ja, mimo mojej małej wiary w jakiekolwiek punkty wywalczone w tej grupie, będę przychylnym okiem patrzył na poczynania Legii w pojedynkach z Realem i Sportingiem. Co do meczu z Borussią, to moja sympatia będzie na szali zakładanej m.in. przez Polaków Borussii. Może nie będę rzucał wszystkiego by zobaczyć mecz, mogę nawet jednego meczu nie zobaczyć, ale jak Legii się coś uda ugrać, to będę zadowolony.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 25 sierpnia 2016 w Bez kategorii

 

Na co komu dziś Liga Mistrzów… 


Dziś wielki dzień. To znaczy, cokolwiek się stanie to on będzie wielkim dniem. Pesymistycznie – Dundalk FC nie odrobi strat i nie awansuje do Ligi Mistrzów , optymistycznie – Dundalk FC straty odrobi i do Ligi Mistrzów awansuje. Dlaczego tak? O tym niżej.

Może nie będę odosobniony w takim myśleniu, ale Legia nie zasłużyła na awans do Ligi Mistrzów po tym, co do tej pory pokazał stołeczny zespół. Mówi się, że szczęście sprzyja lepszym, ale limity szczęścia się kiedyś kończą.

Po pierwsze: od pierwszej swojej rundy eliminacyjnej Legia prześlizgiwała się dalej, nie pokazując nic, co by można było uznać za oznakę gotowości do gry w Lidze Mistrzów. A na tym etapie należałoby mieć już za sobą mecze wyraźnie wygrane. Legii takich meczów brakuje, bo nawet z półamatorskim Dundalk FC wygrana przyszła w męczarniach. I wcale nie jest powiedziane, że Legia rewanż wygra. Piłkarze Dundalk FC wiedzą, że dla nich przeciwnik taki jak Legia to los na loterii, i że być może pierwszy i ostatni raz w swoich karierach są tak blisko Champions League. Z drugiej strony nie ma się co oszukiwać, że czy Legia czy Dundalk FC znajdzie się w tych rozgrywkach, to w fazie grupowej będzie w najniższym możliwym koszyku i będzie mocno egzotycznym zespołem – na miarę Debreceni VSC czy Łudogorca, które w ostatnich latach pojawiały się w Lidze Mistrzów.

Po drugie: Mijają sezony, a w Legii coraz mniej jest wyraźnej długoterminowej polityki budowania klubu. Zawodnicy przychodzą, odchodzą, zmieniają się trenerzy jak sezonowe rękawiczki. Nie na tym to wszystko chyba polega. Casus Arsenalu Londyn będzie najlepszy. Tam Wenger przychodził do średniej jakości drużyny, by powoli budować zespół mogący spokojnie awansować z fazy grupowej LM minimum do Pucharu UEFA / Ligi Europy. Ale na to potrzeba było spokoju i paru sezonów. Nic nie da się zbudować od razu. Nawet ten nieszczęsny Kraków (Wisły też to się tyczy) nie został zbudowany natychmiast. Tylko czy włodarze z Łazienkowskiej o tym wiedzą? Śmiem twierdzić, że chyba nie do końca. I jaki jest efekt? Taki, że Legia to takie ZOO; zebrano w jedno miejsce różne zwierzęta na pokaz za opłatą. Niby wygląda to ładnie, ale tylko jak patrzy się osobno – razem to by się to pozjadało, a w najlepszym przypadku nie chciało ze sobą dogadać. Legia powinna budować stado, a kolejny sezon buduje ZOO. I za dziwną politykę klubu obrywają piłkarze. Najnowszą ofiarą jest Kuba Rzeźniczak. Jeden z niewielu piłkarzy tego klubu, których darzę dużym szacunkiem, estymą. No ale taki Kuba, oddany temu klubowi jak cholera, grający w nim wiele lat, z dnia na dzień zostaje z klubu „usunięty”, bo chyba przestał komuś pasować… Eh… A ponoć mamy klub profesjonalny…  Chyba w profesjonalnym klubie nie tak powinno się traktować zawodników, którzy oddali temu klubowi serce. To nie czas i miejsce na radosną dezynwolturę włodarzy Legii. I to nie ogranicza się w sumie tylko do zawodników, ale i do tych, którzy nie biegają po boisku, a za biurkami dzień po dniu pracują dla klubu (i dla idei). Bo zaczyna trochę to przypominać dzielenie skóry na niedźwiedziu w stylu prezydenta Putina: „jeszcze tego niedźwiedzia nie złapałem, ale on już wie, że ja tego dokonam i nikt mi nie przeszkodzi”. Ale obecna Legia to już chyba nie – tworzony przecież i przez długo zarządzany pośrednio lub bezpośrednio przez „czerwoną” Moskwę – CWKS, a i Czerczesowa też już w szatni próżno szukać. To skąd taka polityka rodem z Kremla? Nie wiem. Za to w tym momencie nawet bardzo cieszę się z tego, że serbski Węgier Nemanja Nikolics opuści Legię i zagra w Hull City.

Po trzecie: Legia jest klubem specyficznym. Zwłaszcza w Stolicy. Niby ma kibiców, ale statystycznie to więcej ich ma poza Warszawą bądź wśród ludności napływowej niż wśród rodowitych Warszawiaków. Niestety nadal nad klubem wisi łatka kibolskiej gałęzi sympatyków tegoż klubu, którzy chętnie wykorzystaliby fakt awansu do Ligi Mistrzów, co klub poważnie odczułby finansowo. Kary, sankcje, nagany – to wszystko uszczupliłoby poważnie dochody z awansu. Chyba, że na to Legia jest przygotowana i ma subkonto z pieniędzmi na takie okoliczności.

Po czwarte: Legia może powtórzyć scenariusz, tak dobrze znany do niedawna z meczów reprezentacji, czyli „mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor”. Tylko, że w wersji rozbudowanej, bo sześciokolejkowej. Nie oszukujmy się, na kogo byśmy nie trafili to zagramy z minimum jednym potentatem z którejś z pięciu najlepszych i najmocniejszych lig Starego Kontynentu. Bo tu na ślepy los już liczyć nie możemy. Dla nich Legia to będzie dostarczyciel punktów i konieczność wizyty w krainie niedźwiedzi polarnych, a każda strata chociażby punktu będzie bardziej dziwiła tamtejszych dziennikarzy, niż radowała naszych. Dla Legii będzie to istne deja vu z rozgrywek Ligi Europy, gdy co bardziej złośliwi obstawiali, czy stołeczna drużyna zakończy rozgrywki bez punktu i bez bramki. Podobnie będzie teraz, tylko stawka dużo większa. I co wtedy powie opinia publiczna? Radości raczej dużo nie będzie.

Oczywiście  jestem pewnie w mniejszości i dzisiejszego meczu nie traktuję jako mecz historyczny, bo takie mecze decydujące o awansie do Ligi Mistrzów, z dwubramkową zaliczką, powinny być grane co roku. No ale, że nie są, to niech się nam populacja cieszy. Jak Legia awansuje, to będzie sukces, bo z taką atmosferą jak obecnie, to może być ostatni powód do radości na europejskim podwórku i Legii zostanie tylko LOTTO Ekstraklasa. Chyba, że za powód do radości uznamy zastrzyk gotówki. Ale przecież ta gotówka rozejdzie się bardzo szybko. Zwłaszcza, jeżeli ma to być pierwszy krok do częstszych wizyt Legii w Lidze Mistrzów jako uczestnik. A jak się by jednak nie udało teraz (albo i jakby się udało, i poświęcono ten sezon na naukę i zebranie finansów), to może na stulecie Legii w 2020 roku. Będzie wówczas dobra okazja, a i doświadczenie będzie większe.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 23 sierpnia 2016 w Bez kategorii

 

Tagi: , , , , , , , , , , ,

Rio, Rio i po ryju… 

Igrzyska XXXI Olimpiady w Río to od paru godzin przeszłość. Mieliśmy 17 dni i nocy sportowej rywalizacji na najwyższym możliwym poziomie (z wyłączeniem piłki nożnej mężczyzn, gdzie turniej finałowy to taki bardziej turniej finałowy rozgrywek o Puchar Nadziei Olimpijskich, bez największych gwiazd, bo to kadry U-23 z maksymalnie trzema starszymi). Te niecałe trzy tygodnie przyniosły nam tyle nowych pytań, co odpowiedzi na te starsze, dotyczące kondycji polskiego sportu.

Kolarstwo

Mamy dwie Majki i dwa medale.

Oglądałem cały wyścig ze startu wspólnego mężczyzn i nadal jestem pod wrażeniem tytanicznej pracy Michała Kwiatkowskiego i Rafała Majki w tym wyścigu. Jeden uciekał przez niemal cały wyścig, drugi uciekł na szalonym zjeździe i dał się dogonić tylko dlatego, że nie jest specjalistą w takich końcówkach. Słowa uznania oczywiście dla tych w cieniu, bo Maciej Bodnar czy Michał Gołaś zrobili również kawał dobrej roboty w tym wyścigu. Plus także dla młodego Bodnara za dobry wyścig indywidualny i pokazanie, że można.

Majka Włoszczowska udowodniła, że przez dekadę można nie schodzić poniżej pewnego poziomu sportowego. I dobrze, bo przyjemnie się ogląda rywalizację, w której walczy się nie tylko ze złośliwą trasą, lecz także z rowerem i własnymi słabościami. Podejrzewam, że niejeden facet nie dojechałby do mety tego wyścigu, o medalowej pozycji nie wspominając.

Sporty walki

Co tu się stało? Poza Moniką Michalik i jej brązem, to polegliśmy we wszystkim, od judo przez szermierkę po taekwondo i zapasy. Apetyty medalowe były, ale trzeba się było najeść jedną przekąską. Oczywiście, gdzieniegdzie notowaliśmy pojedyncze sukcesy i serce mocniej zabiło, gdy nasz reprezentant bądź reprezentantka wygrywali swoją walkę. Ale medali jak na lekarstwo.

Ciężary

Największą tajemnicą tych Igrzysk pozostanie sprawa tego, kto – bez wiedzy i zgody zainteresowanych – podał braciom Zielińskim niedozwoloną substancję. I dlaczego dziwnym trafem akurat próbki były tak długo badane i dlaczego akurat tych zawodników, co do których krajowy związek miał pozasportowe pretensje w okresie przygotowawczym, spotkały te dopingowe wpadki. Bracia Zielińscy są najnormalniej w świecie wkręcani w jakieś bagno i zamiast ich skazywać na banicję trzeba ich jak najszybciej z tego bagna wyciągnąć. Bo jak pokazały zawody, sprawa ta odbiła się na całej ekipie naszych sztangistów i skończyło się bez medalu po raz pierwszy od kilku dekad.

Wiosła i kajaki

Bydgoszcz może i zapewne jest dumna ze swoich wioślarek i kajakarek. Dwójka i czwórka (ta druga osada wsparta zaciągiem warszawskim i krakowskim) w wiosłach i połowa kajkarskiej osady K-2 dała nam wiele powodów do radości, mimo czasem późnych godzin ich startów. Chociaż już nie ma naszych „Dominatorów”, to są spadkobiercy ich tradycji i o wioślarstwo i kajakarstwo w perspektywie Tokio się nie martwię.

Sporty drużynowe

Jeżeli do Rio nie zapaliła się lampka ostrzegawcza przy naszej drużynie siatkarskiej, to teraz świecić się ona powinna niczym latarnia morska w najciemniejszą noc. Tragicznie nie jest, chociaż było bardzo blisko, ale jest bardzo źle. Po dwóch latach od Mistrzostwa Świata okazuje się, że tamtej drużyny już nie ma. Jest cześć nazwisk, ale czegoś brakuje. Tylko czego? Odpoczynku, mniejszej presji (w tym dziennikarskiej), szczerego rachunku sumienia każdego zawodnika – tego wszystkiego po trochu. A i pewnie inne rzeczy się znajdą. Ważne jest tylko, by w końcu znaleźć antidotum, bo inaczej pacjent nam się wykrwawi. I to szybciej niż przypuszczamy.

Inaczej jest u piłkarzy ręcznych. Oni zrobili tu sukces. Wiem, gdzie indziej brak medalu uznaję, za brak sukcesu, a tu sukces? Tak ale to jest sukces wydarty ze szponów przeciwników i wbrew logice. W tej reprrzentacji dokonuje się zmiana pokoleniowa i potrafimy wykorzystać nowe talenty i dopasować ich grę do wymogów kadry. Bo przecież kończy się era Sławka Szmala, braci Jureckich czy Adama Wiśniewskiego (chociaż wszyscy oni mają jeszcze kilka lat grania przed sobą), ale mamy następców. Piotrek Wyszomirski, którego mam niewątpliwą przyjemność znać od czasów, gdy grał jeszcze w Wiśle Puławy (aka Azoty), Michał Daszek, Michał Szyba czy przywdziewający koszulkę FC Barcelony Kamil Syprzak – oni dadzą nam jeszcze wiele chwil radości, zgodnie z zasadą „wygramy spokojnie jedną bramką”. Jeżeli tylko nie będzie więcej „petrotworów” takich jak „reprezentacja” Kataru, to o naszą ręczną jestem spokojny.

Tenis

Tenis leży i kwiczy. Radwańska powinna chyba wykreślić Igrzyska że swoich startów, bo wygląda to dziwnie, gdy wszyscy wielcy potrafią, a Radwańska znów przepada w pierwszych rundach. Podobnie Jerzy Janowicz. Nasz „Jerzyk” ewidentnie nie poradził sobie z oczekiwaniami, jakie pojawiły się po Wimbledonie 2013. Przepadł w czeluściach rankingu tenisistów i na ten moment nie ma przesłanek, by miało się zacząć dziać lepiej.

Lekkoatletyka

Królowa sportu nad Wisłą ma się nieźle. Polacy generalnie nie zapomnieli, jak się rzuca. Anita Włodarczyk rzuciła złoto, Piotr Małachowski rzucił srebro, a Wojciech Nowicki rzucił brąz. Szkoda tylko, że spalił się Paweł Fajdek i gdzieś uciekła forma Konrada Bukowieckiego, Michała Haratyka czy Roberta Urbanka, bo byłoby wspaniale. Oczywiście nie zapominam też o „nestorze” Tomaszu Majewskim. On co miał zdobyć to zdobył i nie można wymagać by zdobywał więcej. Ogromne gratulacje także dla Marii Andrejczyk. Nasza młodziutka oszczepniczka jest naszą nadzieją olimpijską na Tokio. Jeżeli tylko dobrze poprowadzi się jej karierę, to będziemy mogli być z niej dumni.

Tak samo dumni możemy być z Asi Jóźwik, która w finale 800 metrów zajęła piąte miejsce spośród startujących (i trzecie wśród kobiet bez męskiego poziomu testosteronu). Ponadto dobry poziom, chociaż nie medalowy, trzymają sztafety 4×400 metrów.

Szczęścia zabrakło zaś Adamowi Kszczotowi czy Kamili Lićwinko, ale myślę, że dla nich to nie są ostatnie Igrzyska.

Osobnym tematem jest Ewa Swoboda. Obawiam się, czy będzie ona w stanie pojawić się jeszcze na Igrzyskach. Za szybko stała się – jak dla mnie niezasłużenie – medialną gwiazdą. Gwiazdą niewspółmiernie wielką w porównaniu z osiągnięciem. Jeżeli ktoś jej nie ostudzi głowy i nie wychowa, to przeleci jak meteor przez kadrę olimpijską i zniknie w rodzinnych Żorach.

Pływanie

Tak jak z ciężarami i sportami walki, tak i z pływaniem coś się stało. Na Igrzyska pojechała liczna i doświadczona kadra, a jednak skończyło się dość sensacyjnie, bo choćby bez jednego krążka. Oby tylko w Tokio było lepiej.

Oktawia Nowacka

Na koniec osoba Oktawii Nowackiej. Miała być w okolicach podium, a skończyła na nim. Z brązem, który przez trochę mógł być złotem. Ale nawet medal z tego najmniej cennego kruszcu jest czymś niezwykłym, bo ta najwszechstronniejsza rywalizacja jest ze swojej natury najtrudniejsza, a mimo to Oktawia przez kolejne dyscypliny przechodziła z uśmiechem na ustach – dosłownie.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 22 sierpnia 2016 w Bez kategorii

 

Może piszę ten wpis trochę pod wpływem chwili, ale jakoś tak mnie naszło…
Byłem dziś w stołecznym Domu Spotkań Z Historią na projekcji godzinnego filmu o wspólnej historii Polski i Węgier w XX i częściowo także XXI wieku, widzianej z perspektywy Ákosa Engelmayera. Pan Ákos jest dla mnie osobą wyjątkową – brał udział w rewolucji węgierskiej 1956 roku, potem działał w węgierskiej i polskiej opozycji podziemnej, by po przemianach ustrojowych w wolnej Polsce zostać Ambasadorem Węgier. Nie będzie przesadą nazwanie Pana Ákosa żywą legendą przyjaźni Polsko-Węgierskiej. Pokazał to także zaprezentowany film.
Trochę zmartwiło mnie to, że na projekcji moja osoba znacząco zaniżała średnią wieku widzów. Poza kilkoma wyjątkami na widowni byli ludzie, którzy zapewne sami pamiętali jak wyglądała Polska w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Oczywiście chwała im za to, że pojawiają się, ale co jest z młodszymi pokoleniami? Gdzie, jeżeli nie na takich spotkaniach uczyć się historii prawdziwej, bez ingerencji politycznych i ideowych? Gdzie zdobywać wiedzę o narodowych przyjaźniach i ponadpolitycznych sojuszach Polaków i Węgrów, jeżeli nie od Pana Ákosa?
Czyżby z nacechowanych politycznie i ideowo źródeł w internecie napisanych przez anonimowe postacie? Chociaż patrząc na wartości jakimi kierują się obecne młodsze pokolenia i jaki poziom wiedzy ogólnej mają, to duża część z nich nie da rady wskazać czym różni się Budapeszt od Bukaresztu. Więc nie zdziwmy się, że, gdy zabraknie pokoleń pamiętających II Wojnę Światową, stalinowskie lata powojenne i łączących narody, Polska stanie się krajem bez wartości.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11 maja 2016 w Bez kategorii

 

Dokąd ten świat zmierza…

Życie nie raz i nie dwa udowodniło mi, w jak dziwnym świecie żyję. W zasadzie nie staram się do tego przyzwyczaić, bo jest to średnio wykonalne; nie walczę z tym, bo to jest awykonalne. Ja po prostu przyjmuję to do wiadomości. I tyle.

Dopalacze…
Mater Dei… Temat wałkowany od kilkunastu miesięcy – zimą mniej, w cieplejsze miesiące bardziej. Ale jak ktoś nie chce zrozumieć, czym one są, to chociażby mu się to wlewało gorącą wodą do ucha, to nie zrozumie i, i tak, weźmie żeby poczuć jakie są po tym „jazdy”. Sorry, jak chce, to niech bierze i niech nikt się mu nie dziwi. Człowiek jest człowiekiem, ma prawo uczyć się na błędach. A że mogą to być błędy innych, no cóż… Jak jest rozumny, to będzie świństwo omijał z daleka, jak ktoś nie rozumny – to weźmie i może przy okazji zejść z tego świata. Wiedział z czym to się wiążę i – o ile ktoś mu tego nie dał przez przypadek lub wziął to nieświadomie – niech nie ma do nikogo pretensji. Oczywiście nie życzę nikomu śmierci, ale za błędy trzeba płacić.

Osobowości internetowe…
Parę dni temu, na jednym z profili na portalu facebook (a co, zrobię dobrą reklamę – Rada Etyki Social Media, fb.com/RadaEtyki ) znalazłem zdjęcie jednego z warszawskich przystanków komunikacji miejskiej. Dokładnie, to zdjęcie reklamy jaka tam się znajdowała. Jakieś różowo-żółte, pstrokate wzorki i w środku wielka twarz poprawiona photoshopem. Okraszone to wszystko hasłem „Obserwuj mnie” i ikonkami do snapchata, youtuba i instagrama oraz odpowiednimi linkami/loginami do tej konkretnej postaci. Postaci, bo nie jest to osoba, bo osoba przywodzi na myśl gatunek homo sapiens, czyli człowiek rozumny. A to coś z plakatu jest postacią „niepełnorozumną”. Jestem przeciwnikiem reklamy wielkopowierzchniowej w mieście – w tym tej przystankowej – bo to po prostu zaśmiecanie miasta. Zaś takie kampanie to zaśmiecanie do kwadratu, albo i do sześcianu.
Jednak kampania to jedno – ponoć jakiś konkurs był, ponoć to coś go wygrało. Nie wiem, nie znam się. Totalnie zniszczyło mnie to, jak ta postać działa na sobie podobne jednostki, które też mają raczej wielką pustkę niż chociażby najmniejsze oznaki posiadania mózgu. A nawet jeżeli, to nikt im nie dał instrukcji obsługi. Do jasnej ch***ry, do tej pory myślałem, że sekta pani Chodakowskiej to jest zło w czystej postaci (BTW. ostatnio tylko utwierdziłem się w tym, że pani Chodakowska ma swoje wyznawczynie na drugim miejscu, daleko za pieniędzmi, które może na nich i od nich zarobić), jednak wyznawczynie tej istotki przebiły „Choda-fanki” co najmniej o jedno okrążenie na Silverstone lub chociażby na pruszkowskim welodromie kolarskim. Po uprzednim odmówieniu paru zdrowasiek i innych modlitw odpędzających demony wszedłem na profil postaci z plakatu. Dobry Boże… sama dzieciarnia, głównie płci niemęskiej. Widać, że wakacje i gimbaza durnieje. Do podłogi dobił mnie jeden z ponad 500 komentarzy do zdjęcia, prezentującego jeden z plakatów na przystanku, którzy brzmiał mniej więcej tak: „Ostatnio nie zdążyłam zrobić sobie zdjęcia z plakatem, ale jak będę z rodzicami jechała po Warszawie, to jak gdzieś zobaczymy taki przystanek, gdzie jest plakat, to powiedzieli, że się zatrzymają, żebym sobie mogła zrobić zdjęcie…”. Czy w polskim prawie istnieje możliwość wysłania całego tego tatałajstwa gdzieś daleko, najlepiej na Syberię? Może się nauczą życia. Albo samą „guru” wyślijmy tam, to jej wierni pojadą za nią.
Swoją drogą zdjęcie przystanku na profilu Rady Etyki ma pięknego mistrza drugiego planu – Club Sogo. Idealne miejsce dla damulki z plakatów. Może uda jej się tam trafić, a i tak będzie to dla niej szczyt możliwości. Bo przecież od pewnego czasu sprzedaje się na lewo i prawo w zamian za lajki, folołersy i serduszka.

Skaryfikacja…
Tego to już nawet nie pojmuję. Okaleczyć sobie na trwale twarz, by upodobnić się do jakiegoś podrzędnego wiejskiego grajka.

Odnoszę wrażenie, że autobus zwany światem wjechał na jakąś dziwną autostradę, a ja wysiadłem tuż przed bramkami wjazdowymi.

Amen.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 15 lipca 2015 w Inne

 

Tagi: , , , , , , , ,

Nie żyje Christopher Lee…

Zmarł jeden z najwybitniejszych aktorów w historii kina: Christopher Lee…
Młodsi zapamiętają go jako Sarumana czy hrabiego Dooku, starsi z dziesiątek ról Draculi.
Ja zapamiętam, jako Sherlocka (ale także Mycrofta i Sir Henry’ego Baskerville’a).

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11 czerwca 2015 w Inne