RSS

Archiwa tagu: siatkówka

Za Antigą jeszcze zapłaczą… 


Chciałbym się mylić. Serio, chciałbym. Ale bez powoływania się na jakiekolwiek dokumenty zaswiadczające o nieomylności mojej osoby wiem, że się pewnie nie pomylę bardzo z tym stwierdzeniem, że za Stéphanem Antigą jeszcze zapłaczą włodarze PZPS-u.
Tak, jestem przeciwnikiem odwołania Antigi z funkcji selekcjonera reprezentacji Polski. Selekcjonera. Se-lek-cjo-ne-ra. Stéphane nie był przysłowiowymi wszystkimi świętymi w reprezentacji, on był głównie osobą, która decydowała o osobowym kształcie kadry. Traf chciał, że w 2014 roku dysponowaliśmy silną kadrą Polski, więc Antiga wchodził na bezpieczny grunt. Ale czempionat się skończył, medal przyszedł i nastał czas zmiany warty. Część zawodników zakończyła kariery reprezentacyjne, część dopadły przewlekłe kontuzje i ze złotej drużyny w dwa lata po tryiumfie niewiele zostało czynnych graczy w kadrze. Ale przecież temu wszystkiemu winny Antiga – zaawansowanemu wiekowi filarów, kontuzjom itd. itd.

Prawdopodobnie Antiga winny jest też temu, że nasze młodsze pokolenia zawodników mają wpojoną już inną siatkówkę niż starsi koledzy. Niby 6 zawodników i 3 odbicia piłki, czyli fundament tej gry, pozostał niezmienny, ale zmiany w mentalności i drobne, ale częste zmiany w przepisach robią swoje i mamy tego efekty. Bo przyznam szczerze, że pojawiające się w prasie teksty typu „zawodnicy nie pójdą za trenerem w ogień” śmieszą mnie ogromnie. Każdy kto ma chociaż trochę oleju w głowie i zna się na psychice człowieka zrozumie, że za taki stan rzeczy winić należy także zawodnika. Bo co to za profesjonalista, który pod flagą narodową nie widzi sensu się zmotywować dla wspólnego dobra i celu, nawet gdy pomysł trenera jest odmienny od pomysłu zawodnika. Nikt nie każde zawodnikowi podczas meczu latać z mopem czy podawać piłek. Podczas meczu spełnia on swoją rolę grając na boisku i do takiej roli przewiduje go selekcjoner.

Prawdopodobnie Antiga winny jest też temu, że polski kibic jest kibicem na wskroś specyficznym – jak jest dobrze, to „my wygrywamy”, jak jest źle, to „oni przegrali”. Solidarności z tą drużyną na dobre i złe w społeczeństwie brakuje, bo kibicem sukcesu być łatwo. A gdy jest źle, to się najłatwiej odwrócić i zamiast na chłodno analizować co jest problemem i jak go rozwiązać, to oskarża się po najmniejszej linii oporu. Ileż jest teraz osób, które cieszą się z odejścia Francuza z reprezentacji, a które to osoby swoją wiedzę o reprezentacji opierają o portale plotkarskie i ranking najprzystojniejszych zawodników (czyli m.in. takich, którzy cieszą się z tego, że Kurek zagra znów w Skrze, ale nie znają większości składu tejże Skry poza Kurkiem). 

Prawdopodobnie Antiga winny będzie też temu, że obejmujący po nim kadrę trener też nie wywalczy od razu medali. Bo przecież Stéphane zostawia kadrę w rozsypce i totalnym rozgardiaszu. Ciekaw jestem nazwiska zagranicznego trenera, który obejmie reprezentację po Stéphane’ie. Tak, zagranicznego. Bo z polskich trenerów tylko jeden by się nadawał, ale wątpię czy Resovia pozwoliłaby na odejście generała ich okrętu. Poza Andrzejem Kowalem nie ma obecnie trenera, który byłby w stanie poprowadzić reprezentację do wymiernych sukcesów. (musiałbym się może mocniej przyjrzeć lidze kobiet, ale w męskiej lidze nie ma szans by kogoś znaleźć).

A może po prostu Stéphane stał się kolejną ofiarą abstrakcyjnego, by nie powiedzieć chorego, myślenia decydentów i po prostu postanowiono pozbyć się człowieka mającego ogromną pasję do tego co robi i nie będącego stricte najemnikiem, a człowiekiem stąd, ale z innych względów będącego niewygodnym i niepasującym do idealistycznych (utopijnych?) planów kogoś ponad tym. I nie jest to spiskowa teoria, tylko rzeczywistość, która dotknęła polską siatkówkę, a Antiga nie byłby pierwszą jej ofiarą w ostatnim czasie.

(PS. We wpisie zawarte jest dużo prawdy, ale często podane w sposób ironiczny, dlatego tylko w całości przeczytany ma sens zgodny z zamierzeniem autora, czyli moim).

„FP”

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 13 października 2016 w Bez kategorii

 

Tagi: , , , ,

Biletowego galimatiasu brak

Kończy się powoli wielkanocny szał spotkań przy stole i dyskusji w rodzinnym gronie. Raczej nikt nie odpowie mi na pytanie, w ilu rodzinach tematem naczelnym był rzekomy „przekręt” przy sprzedaży biletów na Ceremonię i Mecz Otwarcia siatkarskich Mistrzostw Świata na Stadionie Narodowym. Rzecz w tym, że szukając tego „przekrętu” szuka się dziury w całym.

Czwartek, 17 kwietnia, godzina 16.00 – cała Polska…
Właśnie rusza sprzedaż biletów na pierwszy mecz MŚ 2014, w którym Polacy zmierzą się z Serbami. Emocje tego dnia sięgnęły zenitu (bynajmniej nie Zienitu Sankt Petersburg) jeszcze przed godziną „zero”, czyli rzeczoną 16.00 i do opisu tych wydarzeń przydał by się sam red. Wołoszański. Oto bowiem, dziwnym trafem strona ticketpro.pl przeżywa zdecydowany wzrost zainteresowania sobą. Wbrew późniejszym opiniom świadków, radzi sobie ona całkiem dobrze. Brak możliwości zalogowania i komunikat o tym, iż jest się aktualnie w kolejce był jednym z lepszych rozwiązań możliwych do zastosowania w takiej sytuacji. Świadkowie nie wpadli na pomysł, że dopuszczenie do zalogowania się większej ilości użytkowników, mogłoby spowodować całkowite zawieszenie się systemu. Bowiem to, co działo się z serwerami, na których znajduje się strona ticketpro, było czymś w rodzaju świadomego ataku DoS / DDoS. I mechanizmy obronne ticketpro zadziałały idealnie.
Wszyscy ci, którym udało się o 16.00 zalogować do portalu i przejść do zakupu biletów mogli się mocno zdziwić, jak wiele biletów, a raczej miejsc jest już zajętych. Tajemnica tych miejsc została bardzo szybko wyjaśniona przez Dyrektora Wykonawczego FIVB Volleyball Men’s World Championship Poland 2014 – Wojciech Czayka. Oto bowiem, poza sprzedażą detaliczną prowadzona jest sprzedaż dla grup zorganizowanych. Ruszyła ona wcześniej, zaś ze znalezieniem w Internecie ofert kilku takich grup, z całej Polski, nie było dużego problemu. Warto tu zaznaczyć jedno słowo: sprzedaż. Czyli bilety te rozprowadzane były po identycznych cenach, jak w detalicznej sprzedaży, a nie tak jak to wiele ludzi zarzuca organizatorowi – za darmo wśród sponsorów.
Oczywiście wiadomo, że część biletów, została przekazana dla sponsorów. Ale, czy tak trudno jest zrozumieć, że gdyby nie sponsorzy, to te mistrzostwa by się mogły wcale nie odbyć? Gdyby nie prywatne pieniądze, to byłoby ciężko. Może mało kto wie, że relatywnie mniej pieniędzy na organizację MŚ, w porównaniu do środków na organizację EURO 2012, otrzymano ze środków państwowych. Poza tym, obecnie większość osób, które przychodzą na biletach sponsorskich, trudno by było wyłowić z tłumu zwykłych kibiców. Jasne, że pojawią się panowie pod krawatami, ale: 1) jest to widok normalny na większości meczów ligowych (pewnie duża część kibicek tego nie zauważa, bo gdy one pojawiają się na meczach, to ich pole widzenia ogranicza się do tej połowy parkietu, na której są aktualnie Wlazły, Wrona, Kłos i Włodarczyk), 2) ilość loży VIP-owskich na Narodowym jest duża, a normalne bilety i tak na te loże nie byłaby sprzedawane.
Sprawa zajętości miejsc wydaje się więc już wyjaśniona, pora pochylić się jeszcze nad inną kwestią. Ceny biletów. Histeria, jaka ogarnęła rzesze fanek jest dla mnie trudna do zrozumienia. Czyżby bowiem miłość do siatkówki przedstawicielek polskiej młodzieży gimnazjalno-licealnej ograniczała się tylko do miłości do siatkówki prezentowanej przez „biało-czerwonych”? Wynika na to, że tak. Rozumiem, że wielu by chciało zobaczyć Polaków, ale to są Mistrzostwa Świata, gdzie zobaczymy wiele innych silnych reprezentacji. I czy faktycznie 45 PLN za najlepsze miejsca na meczu Brazylia-Niemcy, Argentyna-Serbia czy Rosja-Bułgaria to dużo? No raczej nie. Wiele osób zapomina chyba o tym, że to są MŚ, a nie jakiś memoriał, gdzie bilety są tańsze, bo kto inny organizuje, kto inny sponsoruje i inne są koszty całego przedsięwzięcia. Memoriały siatkówkę promują (a raczej starają się promować, bo jeżeli nie gra Skra, to czasem nawet stawanie na języku nie sprawi, że „fanki” siatkówki zainteresują się meczem / turniejem), Mistrzostwa Świata to już zdecydowanie bardziej rywalizacja na poważnie, więc za takie widowisko trzeba już zapłacić odpowiednio więcej. Dlatego bezsensem dla mnie jest płacz panienek z Katowic, Gdańska czy Krakowa (o ile tam też będą Mistrzostwa – a gdy piszę te słowa wcale nie jest to takie pewne, że Arena Kraków będzie gotowa do imprezy na czas), że nie pojedziecie na mecz Polaków. Macie możliwość uczestniczenia w niesamowitym wydarzeniu, kroje swoją rangą przebija nawet EURO 2012. Więc idźcie na mecz w swoim mieście i pokazcie, że to co deklarujecie – miłość do siatkówki – to nie tylko czcze obietnice, a faktyczne uczucie, bez względu na to, kto gra.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 21 kwietnia 2014 w Siatkówka

 

Tagi: , , , , ,

Polscy kibice siatkarscy… wcale nie takie „Vipy nad vipami”

Oglądając mecze reprezentacji Polski w piłce siatkowej, czy to w telewizji, czy też z perspektywy trybuny dochodzę powoli do wniosku, że polskiej braci kibicowskiej, a przynajmniej tej opcji reprezentacyjnej, brakuje DUŻO by być „Vipami nad vipami”, jak to starają się na każdym meczu „biało-czerwonych” wmówić messieurs Magiera & Kułaga (bardziej ten pierwszy, bo ten drugi przytoczonej frazy używa zdecydowanie rzadziej).

Zanim trafię na publiczną szubienicę lub zostanie za mną wydany list gończy, który zakończy się skróceniem mnie na najbliższej sprawnej gilotynie o około 30 centymetrów mojej głowy i szyi tłumaczę dlaczego.
Po pierwsze:
Nie potrafię, nie jestem w stanie zrozumieć tego, czemu na hale, w których odbywają się mecze siatkarskie wpuszcza się wszelkiej maści wuwuzele, trąbki i inne waltornie. A właściwie kibiców, wyposażonych w przed chwilą wymienione przedmioty. W sumie kibiców takich można bezgrzesznie określić mianem „Trąby”. I to niekoniecznie „jerychońskiej”. Na razie nie jest to jasno uregulowane prawnie, czy wszystko to można wnosić na mecze (ogólnie – imprezy masowe), czy nie. Jednak coraz więcej klubów bądź obiektów sportowych w swoich regulaminach zawiera zapis mniej więcej takiej treści: „Organizator odmawia wstępu na Stadion lub przebywania na nim osobie używającej trąbki lub gwizdka, z uwagi na możliwość zagłuszenia podawanych komunikatów oraz zagrożenia zdrowia dla innych uczestników Imprezy, z uwagi na wytwarzany poziom hałasu” (cyt. za Stadion Narodowy – Regulamin meczu). Podobny zapis znajduje się w ujednoliconym dla całej Ekstraklasy piłki nożnej regulaminie imprez masowych: „Zabrania się wnoszenia i posiadania na imprezie masowej – meczu piłki nożnej: trąbek oraz instrumentów z napędem mechanicznym lub elektrycznym.” (cyt. za Wisła Kraków SA – Regulamin imprezy masowej). Dwa powyższe przykłady dają mi światełko nadziei, że może PZPS zdecyduje się na wprowadzenie podobnego zapisu w regulaminie meczów reprezentacji i przy współudziale PLPS nakaże klubom wprowadzenie takiego zapisu odgórnie w regulaminach przeprowadzonych przez siebie imprez – meczów ligowych. Bo są niestety takie ośrodki siatkarskie w Polsce, gdzie zamiast używać strun głosowych do dopingu werbalnego, używa się ich do jak najsilniejszego dmuchania w trąbkę i generowania dźwięku tak głośnego, jak startujący B787 Dreamliner. A potem przedstawiciele tych ośrodków mieszają się, bądź zasilają grono kibiców debiutujących „na reprezentacji” i myślą, że jedynym słusznym dopingiem jest doping poprzez trąbkę lub wuwuzelę. I w efekcie mamy na trybunach coś, co podczas ostatniego Memoriału Huberta Jerzego Wagnera w Płocku, na którym byłem, określiłem mianem „Rykowiska seksualnie napalonych i niewyżytych słoni(c)”. Jestem tego ogromnym PRZECIWNIKIEM. Trąbek na trybunach oczywiście. Życie seksualne słoni zostawiam im samym, chociaż może jakby taki słoń się pomylił i wyżył na trąbiących delikwentach, świat na siatkarskich halach byłby piękniejszy.
Po drugie:
Czy rzeczywiście kibice reprezentacji Polski mają tak ciężkie tyłki, że cały mecz muszą przesiedzieć? Czy rzeczywiście dopiero długie namawianie Marka Magiery, żeby łaskawie podnieśli swoje cztery litery może sprawić, że podniosą się z plastikowego krzesełka i przez chwilę postoją i z takiej perspektywy obejrzą kawałek meczu. Kawałek… właściwie to kawalątek, bo ledwo już się państwo-kibicostwo podniesie, to gdy tylko akcja skończy się stratą punktu przez Polaków, duża część hali, niczym sprężynka, wraca do wyjściowej pozycji, czyli pupa na siedzisku. Jak już się wstaje, to wypadałoby postać i podopingować. No chyba, że równie dobrze siatkarze na boisku mają też sobie „klapnąć” na parkiecie i w takiej pozycji próbować wygrać mecz. A najśmieszniejsze jest jeszcze to, że gdy jednostka próbuje się wybić z tłumu i podczas takiego meczu, gdy wszyscy dookoła usiedli i podziwiają Kurków, Kubiaków i innych Wojtaszków (zły przykład, Wojtaszek jest tylko jeden) na siedząco, ta jednostka postanawia dalej na stojąco dopingować, to spada na nią lawina krytyki, że „zasłania”, że „się nie stoi”, żeby usiadła, etc. etc. No i co taki NORMALNY rodzynek ma zrobić? Siada, bo czuje się jak dziennikarz TVN-u w stadzie zwolenników PiS-u (sic!, a miałem nie mieszać w sprawy kibicowskie polityki, ale akurat lepsze porównanie mi nie przychodziło na myśl).

Dlatego też apeluję: stricte piknikowe zachowania zostawmy sobie na siatkówkę plażową, na Stare Jabłonki, Mysłowice i inne beach toury. A w siatkówce halowej – zwłaszcza gdy Polacy grają w naprawdę ważnych meczach, pokroju ME czy MŚ – oddajmy prym dopingowy (i część miejsc na hali) prawdziwym ekipom klubowym, które podejrzewam – podobnie jak w meczach reprezentacji piłki nożnej – potrafią zakopać topory wojenne i barwowe antagonizmy (a te w siatkówce są mimo wszystko znacznie mniejsze niż w futbolu) i „pociągnąć” doping na zadowalającym poziomie przez całe spotkanie. Pozostałe plusy: panowie Magiera i Kułaga będą mieli mniej do roboty, a jak się dogadają z sektorem ultras (i laików informuję ultras to nie to samo co hools), to wszystko będzie pięknie współgrało i każdy będzie zadowolony. I dopiero wówczas będziemy mogli z dumą mówić, że Polski Kibic Siatkarski, to jest marka i to są faktycznie VIP-y. I to przez duże „V”.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 24 września 2013 w Siatkówka

 

Tagi: , , , , , ,

Hot fanka + facebook = Żal

Czasami zastanawia mnie to, na ile posunięta w rozwoju jest głupota tzw. hot fanek polskiej siatkówki, które z nadmiaru wolnego czasu (wszak zaczęły się wakacje – więc dla większości z nich jest to właśnie czas wolny) tworzą na potęgę fanpejdże o siatkówce/siatkarzach/siatkarkach.
Fanpejdże te nie są ani szczególnie urokliwe, ani szczególnie opiniotwórcze. Wprost przeciwnie. Skłaniam się ku stwierdzeniu, że sam fakt ich facebookowego bytu sam w sobie jest już zamachem na inteligencję człowieka. Budzą te strony we mnie uczuciową mieszankę, na którą składają się: politowanie, zniesmaczenie i śmiech. Bo przecież nie może być inaczej, skoro zdecydowaną większość takiej strony stanowią: wpisy z użyciem języka polsko-pokemoniastego (przykład: „Którego siatkarza kochacie, ja LoooFFcIaM [tu pada nazwisko byłego atakującego reprezentacji Polski, który ostatnio był w klubie przyjmującym]”) czy beznadziejne konkursy, łamiące wszystkie możliwe regulaminy facebooka, w których do wygrania są „Zebrane specjalnie dla Was autografy siatkarza X czy Y” (czytaj: wystane przy barierce lub bandzie po meczu, przy jednoczesnym wielokrotnym wypiszczeniu lub wykrzyczeniu nazwiska zawodnika i będące jednym z kilkunastu takich samych zebranych od tego zawodnika i kolejny jest już niepotrzebny).
Prawdziwą jednak plagą jest MASOWE pożyczanie zdjęć wykonanych przez akredytowanych dziennikarzy – fotografów podczas meczów lub innych wydarzeń siatkarskich. Taka pożyczka oczywiście nie może obejść się bez drobnej edycji takiego zdjęcia, która to polega najczęściej na zgrabnym (lub nie) usunięciu podpisu zdjęcia i podpisaniu go jako swoje, lub w najlepszym przypadku pozostawienia go bez podpisu.
Czasami to szkoda, że facebook nie jest na tyle restrykcyjny by z miejsca bądź po zgłoszeniach usuwał fanpejdże, na których roi się od takich zdjęć/grafik. Współczuję tym wszystkim fotografom, dla których wykonywane zdjęcia są czasem nie tylko pasją, ale i pracą, za którą dostają polskie złotówki, a które potem rozpływają się po takich fanpejdżach, podpisane jako no-name lub własne, czyli autorki fanpejdża. Oczywiście zawsze można liczyć na pomoc znajomych, którzy wyłapią i zgłoszą to fotografowi lub administracji facebooka. Jednak okiełznanie i przejrzenie każdego z takich śmietników, bo inaczej takich fanpejdży nie nazwę, zajmuje dużo czasu i nie zawsze wszystko się zauważy.
Największy żal wzbudzają komentarze i wyjaśnienia administratorki, która pod wpływem masowych zgłoszeń złamania prawa zaczyna pokrętnie tłumaczyć, że to nie ona, że to ktoś inny wstawił (dziwne, że z użyciem konta administratora/redaktora) i że nie chciała źle, i że inni też tak robią. Po chwili (krótszej lub dłuższej) problemowe zdjęcie znika z fanpejdża i administratorka uważa sprawę za zamiecioną pod dywan. I szkoda, że zazwyczaj sprawa się na tym kończy. Bo gdyby jedną czy drugą hot fankę zaprosić do odpowiednich organów sprawiedliwości w charakterze oskarżonej o kradzież i gdyby musiała zapłacić za kradzież, to w wielu przypadkach rodzice (z których portfeli by zapewne to odszkodowanie zostało zapłacone) z miejsca by znaleźli dla córeczki ciekawsze zajęcie niż udawanie, że jest się „wielką panią administrator super fajnego fanpejdża, dzięki któremu może w przyszłym sezonie jakiś klub da mi nawet akredytację, żebym nie musiała płacić za bilety i piszczeć do X czy Y nie z trybun a tuż zza linii końcowej”. Wtedy tym, którzy siatkówkę traktują na poważnie (i od strony organizacyjnej, i od strony dziennikarskiej) żyłoby się lepiej i łatwiej.
Amen.

 
10 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 10 lipca 2013 w FacebookLife

 

Tagi: , , , , , , , , ,

Wlazłowdupofani

Od razu zaznaczam, że w poniższym tekście mogą się znaleźć wyrazy powszechnie uznane za podlegające cenzurze, ale tylko w momencie, gdy będzie to nie do zastąpienia innymi słowami.

13 marca do Warszawy na mecz z AZS Politechniką Warszawską przyjechała PGE Skra Bełchatów. I chyba należy stwierdzić, że wszystkie najbliższe mecze z tym zespołem będą meczami podwyższonego ryzyka. Ryzyka ogłuchnięcia i ocipienia.
Mariuszek W.
A wszystko to można zawdzięczać ludziom, których nazwałem „Wlazłowdupofanami”. „Wlazłowdupofaństwo” nie jest bynajmniej zjawiskiem nowym, bo zapewne towarzyszy to wielu spotkaniom PGE w PlusLidze. Jednak w Warszawie osiągnięte zostało apogeum i szczyt szczytów grubo przewyższający Mount Everest.

Zapowiada się, że hala przy Pileckiego przeżyje prawdziwe oblężenie!
Bilety na mecz, mimo zwiększonej poprzez dwie duże dostawiane trybuny liczbie miejsc, sprzedały się w kilkanaście godzin. Dla wielu osób wejściówek już nie starczyło. Kibice chcą obejrzeć wspaniałe widowisko z udziałem swoich ulubieńców oraz największych gwiazd siatkówki.

^cytat ze strony azspw.com^
Pozwoliłem sobie przytoczyć fragment z zapowiedzi spotkania z oficjalnej strony klubu. Osoba, która to pisała popełniła tym samym ciekawy tekst. Hala przy Pileckiego przeżyła rzeczywiście prawdziwe oblężenie około 3 tysięcy osób. Tylko ja się pytam, czemu w przytoczonym fragmencie pojawiło się słowo „kibice”. I to jeszcze w takim zdaniu. Ile z tych 3 tysięcy przyszło zobaczyć widowisko? Garstka (z rachunków wyłączyłem oczywiście Klub Kibica AZS PW). A reszta? Reszta to właśnie tytularni „Wlazłowdupofani”, którzy przyszli zobaczyć „och Mariuszka” w czarnych, obcisłych, krótkich spodenkach.
Mój rozum nie pojmuje w tym momencie polityki władz naszego klubu. Skoro rypnął się terminarz i na Torwarze graliśmy z Chemikiem – Kisielem Bydgoszcz i z PGE przyszło nam grać w naszej Arenie na Ursynowie i skoro dostawiamy za niemałe pieniądze trybuny to chociaż zweryfikujmy kogo na te trybuny wpuszczamy. Mamy z góry ustalone, że na E2 siedzą kibice gości, a reszta jest przeznaczona dla kibiców gospodarzy i tego się trzymajmy, oddając ewentualnie część dostawianej trybuny dla mniej zorganizowanych grup kibiców z Bełchatowa.
Brak jakiejkolwiek weryfikacji spowodował, chyba po raz pierwszy w historii (chociaż w sumie były jeszcze parę razy pomniejsze sytuacje, gdy słychać było głosy wsparcia z B1 dla Czewy i Olsztyna – jednak tu jestem w stanie wybaczyć, w końcu jakaś mała więź pomiędzy AZSami istnieje) na sektorze B1, na biało-zielonej Twierdzy wśród trybun Areny Ursynów usiadło COŚ w szaliku PGE. I to jeszcze w pierwszym rzędzie. Przypałętało się takie coś z kolegą/bratem i z tatą/dziadkiem/wujkiem (w obu przypadkach nieprawidłowe skreślić) na B1 z jakimiś wydrukami (podobno to są bilety !?!?!?) i wykłócało, że mają bilety na te miejsca i że oni tu będą siedzieć. Oczywiście natychmiast w dyplomatyczny sposób zostało im wyjaśnione, że na B1 panują trochę inne zasady, niż na innych sektorach, ale niestety chamstwo nie chciało się przenieść w inne miejsce. Ich sprawa, za laryngologa i psychiatrę nie będziemy im płacić. Niemniej chyba większość z nas, member of Klub Kibica AZS PW poczuła się tym faktem oburzona, a wręcz niemalże pogwałcona. I jeszcze to chamskie i prostackie zachowanie taty/dziadka/wujka, który po każdorazowej kulturalnej prośbie o przeniesienie się w inną część B1 poklepywał po ramieniu to coś w szaliku PGE i śmiał się głupkowato.
I chyba tylko Bogu i Gumisiowi dziękować należy, że wszelkie niedyplomatyczne oddziały zostały powstrzymane od działania, bo nie wiem, czy by się to skończyło tylko na jednostronnej wymianie szalików.
Ta sytuacja powinna być nauczką dla władz klubu, żeby na przyszłość WYRAŹNIE na stronie internetowej i podczas innych form sprzedaży biletów na mecze oznaczyła, że sektor B1 jest specyficzny i na nim najwięcej do powiedzenia mają najwierniejsi kibice AZSu, czyli KK. Można na przyszłość wydzielić cały sektor B1 ze sprzedaży ogólnej biletów i sprzedawać te bilety w porozumieniu z KK, osobom, które zgłoszą się do KK, że chcą właśnie na tym sektorze kibicować, i wówczas będzie wiadomo, że zgadzają się oni na to, jakie są realia na B1. Fakt faktem, hala nie jest za duża, ale jeżeli na mecze z mniej atrakcyjnymi rywalami nawet taka hala nie zapełnia się, to wyważmy to wszystko i oddajmy to co się należy tym kibicom, którzy i na takich meczach się pojawiają, a nagle na mecz z PGE nie mogą kupić biletów, bo ubiegły ich dziesiątki dzieci, które na żywo chcą zobaczyć „seksi tyłeczek Mariuszka W. i innych mistrzów”.
No właśnie. Żal mi było patrzeć na sektor lustrzany – wobec B1 – sektor D1, w którym zasiadły dzieci z jakiejś wycieczki, która z jakiejś wsi przyjechała na mecz. Nie pamiętam dokładnie skąd przyjechały (wiem tylko, że autokary miały mazowieckie rejestracje), ale określenia „wieś” użyłem w odniesieniu do ich zachowania, a nie miejsca pochodzenia. Karteczki z napisanymi markerem hasłami I love SKRA i I love WLAZŁY pozwoliły mi się załamać po raz pierwszy w tym meczu. Jak się miało okazać, nie po raz ostatni.
Na dostawionych trybunach też wylądowały jakieś wycieczki i piknikowcy. Po wyjściu na przedmeczową rozgrzewkę siatkarzy PGE bandy reklamowe przeżyły test nacisku i obciążenia, który sprawiły mu dziesiątki dziewczynek, które patrząc na wyginającego się Mariuszka, Bartka Kurka, Antigę czy innego Falaskę i robiąc im zdjęcia (w tak zwanym stylu japońskim – fotografuj wszystko co jest znane i co się rusza), przeżywały pierwszy w swoim życiu orgazm. Dla porównania, wokół band okalających część boiska, na którym rozgrzewali się siatkarze AZSu, stało zaledwie parę osób. I to właśnie im należałyby się miejsca na B1.
Kolejna fala orgazmów przyszła w momencie prezentacji pierwszych szóstek. Takiego pisku przy nazwisku W. dawno nie słyszałem. Sektor B1 też wyraził swoje zdanie na ten temat, zgoła odmienne.

Przebiegu samego meczu nie będę streszczał. Ciekawsze rzeczy działy się w tym samym czasie na trybunach.
Po pierwsze to powiększył nam się repertuar piosenek i przyśpiewek. Może czas pomyśleć o wydaniu jakieś płyty, bo na karaoke nam całkiem nieźle idzie. Przebojami w meczu z PGE były „Jeśli Mariusz jest pedałem w ręce klaszcz , jeśli Mariusz jest pedałem w ręce klaszcz …” czy „Mariuszek boli Cię nóżka, Mariuszek boli mnie nóżka…”. Powróciliśmy także do pamiętnego meczu w Radomiu i na rozgrzewkę (zarówno gardeł, jak i stawów skokowych) zanuciliśmy „Kto nie skacze ten z Radomia, Hej, Hej…”. Mieliśmy też chwilę zabawy, gdy dziewczyny z KK zaczęły parodiować piszczące siksy, które podniecały się każdym zagraniem Mariuszka W.

Parę słów o zorganizowanej grupie KK Skry z Bełchatowa. Przyjechali z paroma flagami, bębnem i zapełnili w miarę sektor E2. Od nas na powitanie tradycyjnie poszła Beti, a nas w odpowiedzi odwiedził też znany i poważany wśród naszego KK jeden z niewielu prawdziwych kibiców Skry, którzy pozostali w tym klubie. Trudno bowiem o niektórych ludziach, którzy przyjechali z KK Skry powiedzieć, że są kibicami siatkówki, prezentując zachowania rodem z boisk piłki nożnej. Nie wiem skąd, ale mieli szalik AZS PW (i to nie najnowszy, więc nie mogli go kupić w sklepiku przed meczem) i wywiesili go do góry nogami na barierce przed sektorem E2. Takie zachowania proponuję zostawić na mecze piłki nożnej, a nie przenosić tego typu zachowań na hale siatkarskie.

Przed kilkoma akcjami poprosiliśmy o pomoc kibiców z innych sektorów („Wszyscy wstają, pomagają…”). Tak na oko 70% z sektora vis-a-vis B1 raczyło podnieść się i nawet klaskało w rytm bębnów. Ale po nieudanym rozegraniu akcji wszyscy jeszcze szybciej niż się podnosili siadali i już nie mieli ochoty podnosić się ponownie.
Najbardziej żałosne jest to, że w momencie, gdy PGE miało piłki setowe nikogo nie trzeba było namawiać, a i tak ponad połowa sali stała i klaskała oraz krzyczała „Ostatni, ostatni…”. Byli wśród nich także ludzie w biało-zielonych szalikach. Do cholery… Ci ludzie mają czelność nazywać się warszawiakami i kibicami siatkówki? Jeżeli tak, to chyba nie chodzi im o mieszkańców miasta stołecznego Warszawa, ale jakiejś innej Warszawy, poza granicami RP. Bo skoro przychodzą na mecz w szaliku AZSu, to niech raczą także powstrzymać się od takich zachowań. Bo dla mnie jest to hańbienie barw i tradycji AZSu. Z resztą zostało to odpowiednio skwitowane („Ch…, nie kibice – barwy Politechniki hańbicie”). Tacy ludzie niech lepiej siedzą przed telewizorami i oglądają na Polsacie czy innym TV4 mecze PlusLigi i reprezentacji Polski.
W pewnym momencie przestałem zwracać uwagę na sektory E2 i D1, co pewien czas wykonując tylko charakterystyczny ruch polegający na kręceniu okręgów palcem wskazującym na skroni, a odnoszącym się do wycieczek szkolnych, które chyba pierwszy raz były w stolicy i ich zachowaniu.

Oczywiście nie można zapomnieć o człowieku na słupku sędziowskim, Jacku S. . Po meczu staraliśmy się odwzorować wszystkie elementy nowego tańca, o nazwie Sęk-Dance, ale w tym meczu było ich tak dużo, że chyba trudno byłoby je odwzorować. Mniej więcej szło to tak: lewa ręka w bok, lewa ręka w dół, prawa ręka w bok, prawa ręka w dół, obie ręce od łokci w górę, gwizd, i od początku… Tyle naszych odpowiedzi na ewidentnie błędne decyzje Jacka S. („Łajza, łajza…”, „Drukarze, drukarze…”, „Ile ci dali, hej, ile ci dali…”) co w meczu z PGE nie było podczas wszystkich poprzednich meczy w Arenie w tym sezonie razem wziętych.
Przy okazji zabrakło Jackowi S. zdecydowania. Po każdej nie do końca jasnej sytuacji i punktach dla Politechniki Mariuszek W. miał jakieś wąty w stronę słupka sędziowskiego. Czyżby więc ten pan na górze tego słupka zapomniał wziąć na ten mecz żółtej i czerwonej kartki, które ewidentnie należały się po pewnym czasie Mariuszkowi? A może bał się, że go te wszystkie gorące dwunastki, trzynastki i czternastki zmasakrują nim ucieknie do pokoju sędziowskiego? Nie wiem.

Jedno „Łajza, łajza…” zostawiliśmy – trochę nie wg. scenariusza – dla naszego „ulubieńca”, grającego z numerem 2 w czarno-żółtej koszulce. To też jest dla mnie zagadką, za co on dostał nagrodę MVP meczu. Chyba za nazwisko. Już bardziej należała się ona Bartkowi Kurkowi czy Marcinowi Możdżonkowi.

Po ostatnim gwizdku tłumy rzuciły się przetestować jeszcze raz bandy reklamowe. Tym razem były one uzbrojone w zeszyty i długopisy lub markery. Oczywiście zdecydowana większość poleciała do W. i Bartka Kurka. W tym samym czasie, dokładnie przed nami stał Radzio Rybak (albo Robert Milczarek, już nie do końca pamiętam) i podziękował za doping do końca. My chłopakom odpowiedzieliśmy gromkim, mimo praktycznie pozdzieranych gardeł, „Dziękujemy, Dziękujemy…”.

I tak na koniec jeszcze jedna sprawa, którą poruszałem już gdzieś. Jak na B1 rozwijana jest sektorówka z portretem trenera Kowalczyka, to na Boską Miłość – to jest szczególna flaga – i chociaż raz uszanujmy to, co i kto na tej fladze jest. Więc osoby, które stoją pod nią niech nie wywołują falowania tej flagi, bo wtedy nie widać ani postaci trenera ani przesłania, które ma wspomóc naszych siatkarzy na parkiecie.

Po tym meczu podziękowania, mimo różnej formy i postawy, należą się: Bartkowi Nerojowi, Radkowi Rybakowi, Serhijowi Kapelusowi, Pawłowi Maciejewiczowi, Karolowi Kłosowi, Darkowi Szulikowi, Robertowi Milczarkowi, Kubie Bednarukowi, Kubie Radomskiemu, Damianowi Wojtaszkowi i Jankowi Królowi.
Szczególne wyrazy podziękowania ponadto kieruję do Roberta C., który mimo tego, że pracuje na ciężkim materiale wciąż stara się wykrzesać coś z gardeł member of KK AZS PW.
Pozdrawiam także siatkarza PGE, który przez cały mecz stał dokładnie na przeciwko sektora B1 i nie pojawił się nawet na chwilę na płycie parkietu. (Zorientowani wiedzą o co i o kogo chodzi)

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 14 marca 2010 w AZS Politechnika

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,