RSS

Archiwa tagu: Warszawa

Na co komu dziś Liga Mistrzów… 


Dziś wielki dzień. To znaczy, cokolwiek się stanie to on będzie wielkim dniem. Pesymistycznie – Dundalk FC nie odrobi strat i nie awansuje do Ligi Mistrzów , optymistycznie – Dundalk FC straty odrobi i do Ligi Mistrzów awansuje. Dlaczego tak? O tym niżej.

Może nie będę odosobniony w takim myśleniu, ale Legia nie zasłużyła na awans do Ligi Mistrzów po tym, co do tej pory pokazał stołeczny zespół. Mówi się, że szczęście sprzyja lepszym, ale limity szczęścia się kiedyś kończą.

Po pierwsze: od pierwszej swojej rundy eliminacyjnej Legia prześlizgiwała się dalej, nie pokazując nic, co by można było uznać za oznakę gotowości do gry w Lidze Mistrzów. A na tym etapie należałoby mieć już za sobą mecze wyraźnie wygrane. Legii takich meczów brakuje, bo nawet z półamatorskim Dundalk FC wygrana przyszła w męczarniach. I wcale nie jest powiedziane, że Legia rewanż wygra. Piłkarze Dundalk FC wiedzą, że dla nich przeciwnik taki jak Legia to los na loterii, i że być może pierwszy i ostatni raz w swoich karierach są tak blisko Champions League. Z drugiej strony nie ma się co oszukiwać, że czy Legia czy Dundalk FC znajdzie się w tych rozgrywkach, to w fazie grupowej będzie w najniższym możliwym koszyku i będzie mocno egzotycznym zespołem – na miarę Debreceni VSC czy Łudogorca, które w ostatnich latach pojawiały się w Lidze Mistrzów.

Po drugie: Mijają sezony, a w Legii coraz mniej jest wyraźnej długoterminowej polityki budowania klubu. Zawodnicy przychodzą, odchodzą, zmieniają się trenerzy jak sezonowe rękawiczki. Nie na tym to wszystko chyba polega. Casus Arsenalu Londyn będzie najlepszy. Tam Wenger przychodził do średniej jakości drużyny, by powoli budować zespół mogący spokojnie awansować z fazy grupowej LM minimum do Pucharu UEFA / Ligi Europy. Ale na to potrzeba było spokoju i paru sezonów. Nic nie da się zbudować od razu. Nawet ten nieszczęsny Kraków (Wisły też to się tyczy) nie został zbudowany natychmiast. Tylko czy włodarze z Łazienkowskiej o tym wiedzą? Śmiem twierdzić, że chyba nie do końca. I jaki jest efekt? Taki, że Legia to takie ZOO; zebrano w jedno miejsce różne zwierzęta na pokaz za opłatą. Niby wygląda to ładnie, ale tylko jak patrzy się osobno – razem to by się to pozjadało, a w najlepszym przypadku nie chciało ze sobą dogadać. Legia powinna budować stado, a kolejny sezon buduje ZOO. I za dziwną politykę klubu obrywają piłkarze. Najnowszą ofiarą jest Kuba Rzeźniczak. Jeden z niewielu piłkarzy tego klubu, których darzę dużym szacunkiem, estymą. No ale taki Kuba, oddany temu klubowi jak cholera, grający w nim wiele lat, z dnia na dzień zostaje z klubu „usunięty”, bo chyba przestał komuś pasować… Eh… A ponoć mamy klub profesjonalny…  Chyba w profesjonalnym klubie nie tak powinno się traktować zawodników, którzy oddali temu klubowi serce. To nie czas i miejsce na radosną dezynwolturę włodarzy Legii. I to nie ogranicza się w sumie tylko do zawodników, ale i do tych, którzy nie biegają po boisku, a za biurkami dzień po dniu pracują dla klubu (i dla idei). Bo zaczyna trochę to przypominać dzielenie skóry na niedźwiedziu w stylu prezydenta Putina: „jeszcze tego niedźwiedzia nie złapałem, ale on już wie, że ja tego dokonam i nikt mi nie przeszkodzi”. Ale obecna Legia to już chyba nie – tworzony przecież i przez długo zarządzany pośrednio lub bezpośrednio przez „czerwoną” Moskwę – CWKS, a i Czerczesowa też już w szatni próżno szukać. To skąd taka polityka rodem z Kremla? Nie wiem. Za to w tym momencie nawet bardzo cieszę się z tego, że serbski Węgier Nemanja Nikolics opuści Legię i zagra w Hull City.

Po trzecie: Legia jest klubem specyficznym. Zwłaszcza w Stolicy. Niby ma kibiców, ale statystycznie to więcej ich ma poza Warszawą bądź wśród ludności napływowej niż wśród rodowitych Warszawiaków. Niestety nadal nad klubem wisi łatka kibolskiej gałęzi sympatyków tegoż klubu, którzy chętnie wykorzystaliby fakt awansu do Ligi Mistrzów, co klub poważnie odczułby finansowo. Kary, sankcje, nagany – to wszystko uszczupliłoby poważnie dochody z awansu. Chyba, że na to Legia jest przygotowana i ma subkonto z pieniędzmi na takie okoliczności.

Po czwarte: Legia może powtórzyć scenariusz, tak dobrze znany do niedawna z meczów reprezentacji, czyli „mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor”. Tylko, że w wersji rozbudowanej, bo sześciokolejkowej. Nie oszukujmy się, na kogo byśmy nie trafili to zagramy z minimum jednym potentatem z którejś z pięciu najlepszych i najmocniejszych lig Starego Kontynentu. Bo tu na ślepy los już liczyć nie możemy. Dla nich Legia to będzie dostarczyciel punktów i konieczność wizyty w krainie niedźwiedzi polarnych, a każda strata chociażby punktu będzie bardziej dziwiła tamtejszych dziennikarzy, niż radowała naszych. Dla Legii będzie to istne deja vu z rozgrywek Ligi Europy, gdy co bardziej złośliwi obstawiali, czy stołeczna drużyna zakończy rozgrywki bez punktu i bez bramki. Podobnie będzie teraz, tylko stawka dużo większa. I co wtedy powie opinia publiczna? Radości raczej dużo nie będzie.

Oczywiście  jestem pewnie w mniejszości i dzisiejszego meczu nie traktuję jako mecz historyczny, bo takie mecze decydujące o awansie do Ligi Mistrzów, z dwubramkową zaliczką, powinny być grane co roku. No ale, że nie są, to niech się nam populacja cieszy. Jak Legia awansuje, to będzie sukces, bo z taką atmosferą jak obecnie, to może być ostatni powód do radości na europejskim podwórku i Legii zostanie tylko LOTTO Ekstraklasa. Chyba, że za powód do radości uznamy zastrzyk gotówki. Ale przecież ta gotówka rozejdzie się bardzo szybko. Zwłaszcza, jeżeli ma to być pierwszy krok do częstszych wizyt Legii w Lidze Mistrzów jako uczestnik. A jak się by jednak nie udało teraz (albo i jakby się udało, i poświęcono ten sezon na naukę i zebranie finansów), to może na stulecie Legii w 2020 roku. Będzie wówczas dobra okazja, a i doświadczenie będzie większe.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 23 sierpnia 2016 w Bez kategorii

 

Tagi: , , , , , , , , , , ,

Akademia Pedagogiki Specjalnej i jej profil na FB

Różne rzeczy już widziałem na oficjalnych fanpejdżach na portalu Facebook, niemniej to co dziś znalazło się na profilu Akademii Pedagogiki Specjalnej przebiło chyba wszystko…
APS
Czyli jednym słowem… Nigdy nie dopuszczać do oficjalnego „fejsa” zdesperowanych pań z dziekanatu lub sekretariatu rektora uczelni, bo może to mieć ciekawy skutek.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 6 lutego 2014 w FacebookLife

 

Tagi: , , , , ,

Relacje: Inżynierowie królami Stolicy. Za nami Derby Warszawy

W 15. kolejce I ligi piłki ręcznej szczypiorniści AZS PW wyraźnie wygrali z AZS AWF 32:22.

Derby Stolicy były spotkaniem niezwykle prestiżowym i niezwykłym. Zawodnicy obu zespołów znają się przecież doskonale, przez co wydawało się, że ten mecz rozstrzygnie się dopiero w ostatnich minutach. Kto jednak pojawił się na spotkaniu w mokotowskiej hali Warszawianki był świadkiem widowiska stojącego na wysokim poziomie.

Początek meczu należał do zawodników bielańskiej uczelni. Pierwszy gol dla AZS AWF padł z rzutu karnego w drugiej minucie spotkania. Trzy minuty później goście prowadzili już trzema bramkami. Dopiero wówczas bramkę AWF-u odczarował Łukasz Lisicki. Po pierwszych dziesięciu minutach Politechnika przegrywała trzema golami. Szansę na zmniejszenie dystansu po faulu na Tomaszu Buleju z rzutu karnego miał Mateusz Wiak. Jednak nie udało mu się pokonać golkipera AWF-u. Po niespełna minucie sędziowie dyktują kolejnego karnego dla „Inżynierów”. Tym razem do piłki podszedł Łukasz Kolczyński i swojej próby nie zmarnował. W 13. minucie na 120. sekund Politechnikę osłabił Bulej, a dwie minuty później w jego ślady poszedł Wiak. Podczas gry w osłabieniu AZS PW stracił cztery gole, zdobywając tylko jednego. Gdy tylko Politechnika powróciła do pełnego składu na ławce kar na dwie minuty usiał zawodnik AWF-u Michał Reszka. Przyznanego po faulu Reszki karnego „Inżynierowie” jednak nie wykorzystali. W 20. minucie po dwóch szybkich akcjach Politechnika dogoniła gości z Bielan na dwie bramki i przegrywała 7:9. W 25. minucie po raz pierwszy zabrzmiały w hali przy Piaseczyńskiej 71 bębny Klubu Kibica AZS PW, który wykorzystując przerwę w rozgrywkach siatkarzy pojawił się na meczu szczypiornistów. Doping wyraźnie podziałał na podopiecznych trenera Robaka i Piwowarskiego, którzy za sprawą bramki Mateusza Zasikowskiego doprowadzili do remisu 11:11. Ostatnie pięć minut pierwszej połowy to wręcz koncertowa gra gospodarzy – trzy bramki rzucił Mateusz Szmulik, a po jednej Andrzej Korus i Arkadiusz Prokop. Na przerwę zawodnicy AZS PW schodzili przy prowadzeniu 17:11.

Drugą odsłonę ponownie lepiej zaczęli podopieczni Marcina Smolarczyka, którzy rzucili cztery gole pod rząd. Niemoc rzutową Politechniki przełamał dopiero w 37. minucie przy stanie 17:15 Zasikowski. W tym momencie inicjatywę w meczu przejęli Inżynierowie, a celnymi rzutami akcje kończyli Szmulik i Tomasz Kasprzak, wyprowadzając AZS PW na dziesięciobramkową przewagę 25:15. Do końca meczu pozostawało wtedy niewiele ponad 14 minut i po grze Politechniki było widać, że tym razem nie da sobie wydrzeć z rąk zwycięstwa. Gospodarze potrafili skonstruować zarówno skuteczną akcję z ataku pozycyjnego, jak i celnie wykończyć szybką kontrę po stratach piłki przez zawodników AWF-u. Obrońcy AZS AWF mogli tylko wodzić wzrokiem za Szmulikiem, który nie pozostawiał szans golkiperom przyjezdnego zespołu. W ostatnich dziesięciu minutach z dobrej strony w barwach AWF-u pokazał się jedynie Krzysztof Tylutki, który rzucił trzy bramki. Dokładnie tyle samo goli, z tym, że w niecałe trzy minuty zdobył dla Politechniki Paweł Kwiatkowski. Były to bramki numer 30, 31 i 32. W 59. minucie z boiska na dwie minuty, po brutalnym faulu na Prokopie, usunięty został Zadrożny. Jednak AWF kończył ten mecz w podwójnym osłabieniu, bo w ostatnich sekundach dwuminutową karą ukarany został Suliński. Ostatniego gola w meczu zdobył Tylutki, ustalając wynik spotkania na 32:22 dla Politechniki.

AZS PW w tym meczu udowodnił, że nadal liczy się w ligowej stawce i Ci, którzy nie widzieli już warszawian w barażach o Ekstraligę będą musieli zrewidować swoje poglądy. „Inżynierowie” zaprezentowali grę miłą dla oka i zdecydowanie bardziej efektywną niż miało to miejsce w poprzednich kolejkach, rozegranych w tym roku na Mokotowie.

Teraz szczypiornistów Politechniki czeka mecz wyjazdowy w Zielonej Górze. Do Warszawy „Inżynierowie” wracają 19-stego marca, gdy podejmą KPR Ostrovię Ostrów Wielkopolski.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26 lutego 2011 w AZS Politechnika

 

Tagi: , , , , , ,

Od lotniska na Bemowie ręce przecz

Od paru lat jak mantra wraca w mediach, głównie stołecznych, problem lotniska na Bemowie. A dokładnie o tym, czy należy je zamknąć, czy nie. Ja uważam, że w żadnym wypadku nie należy tego lotniska zamykać i wszystkie argumenty, przedstawiane przez przeciwników lotniska mogą sobie oni tak na prawdę w …. wsadzić.
Na wstępie parę słów informacyjnych o obiekcie. Lotnisko, które jest powodem zamieszania, to Lotnisko Babice oznaczane w spisie ICAO jako EPBC, a znane też pod błędnymi nazwami Lotniska Bemowo lub Lotniska Boernerowo. Mieści się ono na styku dwóch warszawskich dzielnic – Bemowa i Bielan.

Ostatnio głośno się zrobiło o konieczności zamknięcia lotniska z powodu wypadku Puchacza (ultralekki szybowiec szkoleniowy), który spadł na ogródki działkowe oraz z powodu nieoczekiwanego rozbicia się „Ratownika 12” (więcej o wypadku Agusty parę wpisów niżej). I nagle podniosły się głosy stetryczałych mieszkańców Chomiczówki, Bielan, Piasków, Wawrzyszewa i Żoliborza, że koniecznie trzeba zamknąć lotnisko, albo ograniczyć loty szkoleniowe. Nie pamiętam ile dokładnie było przypadków, gdy samoloty stacjonujące na Babicach rozbiły się w Warszawie, ale za pewne było ich mniej niż wypadków samochodowych w Warszawie. Podobnie ma się sprawa z ilością osób, które w tych wypadkach zginęły.
A szansa, że jakiś samolot uderzy w blok zawsze istnieje. Z tym, że jest ona taka sama w momencie istnienia lotniska na Bemowie jak i bez tego lotniska. Tylko że, jeżeli nie byłoby lotniska Babcie to 95% z tego co by mogło uderzyć to samoloty podchodzące do lądowania na Okęciu, a te samolociki są ciut większe. No i jasne jest, że jeżeli taki B737 by uderzył, to by była powtórka z Kabat lub z 11 września, a tego mimo wszystko nie chcielibyśmy mieć jeszcze raz.

Ale mimo to ludzie muszą się tego czepiać, że za dużo tego lata.

To jest normalne, że dużo lata, bo w końcu już przed II wojną latało tutaj tego trochę. I od lat 50. co bardziej kumaci wiedzieli, że na Babicach jest lotnisko. A pomimo tego, od lat 60. w pobliżu lotniska zaczęły się pojawiać pierwsze bloki. I w tym momencie zaczęto nagminnie łamać wszelkie normy – zarówno te prawne jaki i zdroworozsądkowe. No bo kto normalny buduje 10-15 piętrowce w okolicach lotniska. Oczywiście budowano w ramach kolejnego czynu społecznego dla dumnie żyjącego ustroju rodem z Wielkiego Czerwonego Brata i dumnie rozbudowującej się stolicy (tfu z taką stolicą w takim ustroju). Jeżeli gdzieś trzeba było budować, to można było budować po drugiej stronie Wisły – tam lotnisk nie było i by to nikomu nie przeszkadzało. No ale trudno, stoją już tam gdzie stoją – wyburzać na razie nie będziemy, chociaż może byłoby lepiej, skoro ostatnio głośno o chęci pozbycia się Pałacu Kultury i Nauki to może warto by i paru innych absurdów PRLu się pozbyć, tak żeby wszystkim było lepiej.

Więc narzekający na to, że za dużo się odbywa lotów nad ich domami są sami sobie winni. Winni, bo zapewne większość obecnych mieszkańców tych obszarów doskonale wiedzieli, że mają za sąsiada aktywne lotnisko. Jak im się nie podobają loty to w Polsce jest kilkanaście tysięcy kilometrów wolnej przestrzeni, gdzie mogą sobie zamieszkać i nikomu nie przeszkadzać, a i im nic nie będzie przeszkadzało.

Następna grupa podnosi lament, że za głośno.

Ten argument mnie rozbraja. Na bemowskim lotnisku jest ZA GŁOŚNO??? Kto tak mówi??? Ludzie, którzy chyba mają problemy ze słuchem. Głośno to tu było parę dekad wstecz, a nie teraz, kiedy najgłośniejsze są chyba „Antki„, które na Bemowie często pojawiają się tylko w okresie letnim, zaś poza nim są tu sporadycznie. Że niby głośne są helikoptery. No to niech piszą skargę do KGB… przepraszam, do TVN 24, bo to ich „Błękitny” robi najwięcej hałasu i lata najbliżej (najniżej) terenów zamieszkanych.

Zamknięcie lotniska będzie się równało przede wszystkim znacznemu zanieczyszczeniu powietrza w centrum Warszawy. Bo przez Bemowo biegnie coś w rodzaju kanału wentylacyjnego (nie pamiętam jak to się dokładnie nazywa). Poza tym trzeba będzie gdzieś przenieść wszystkie podmioty stacjonujące na lotnisku.

Ale na razie lotniska nie zamkną ani zadufani w sobie mieszkańcy Bielan czy Żoliborza, którzy tak usilnie protestują przeciw lotnisku, które tak na prawdę nic im nie zrobiło, ale co do zasady – sąsiad się podpisał pod protestem, to co ja mam być gorszy i też podpiszę. Narodzie stołeczny – opamiętaj się, jak chcesz Warszawę swoją mieć zieloną i żywą, a nie szarą i martwą.

Do tematu jeszcze powrócę. Niedługo.

 
Możliwość komentowania Od lotniska na Bemowie ręce przecz została wyłączona

Opublikował/a w dniu 28 listopada 2009 w Warszawa

 

Tagi: , , , , , ,

AZS Politechniki Warszawskiej marsz w… dół ??

Gdyby ktoś mnie zapytał o to, z jakimi trzema „symbolami” Warszawy kojarzy mi się skrót PW, to powiedziałbym bez chwili zawahania, że: a) Powstaniem Warszawskim, b) Polonią Warszawa oraz c) Politechniką Warszawską.

Dziś nie czas i nie miejsce, aby rozdrapywać sprawy związane z sierpniem 1944. Natomiast dla dwóch pozostałych rozwinięć skrótu PW jak najbardziej jest tutaj miejsce i jest teraz czas.
Dla potencjalnego człowieka Polonia Warszawa i Politechnika Warszawska nie mają ze sobą wiele wspólnego.
Jak się okazuje, jest inaczej – głównie jeżeli chodzi o sferę sportową. Kto bowiem zagłębi się w skład koszykarskiego zespołu Tempcold AZS Politechnika Warszawska i porówna go ze składem zespołu Polonii 2011 Warszawa stwierdzi, że jest to praktycznie ten sam zespół – to prawda. Oba teamy od dłuższego czasu prowadzą, zakrojoną na szeroką skalę współpracę, w ramach której prowadzona jest między innymi wymiana zawodników między zespołami AZSu i P2011.
Ale nie tylko w koszykówce Politechnika i Polonia są blisko związane.
Wiąże je także osoba Pana Józefa Wojciechowskiego, właściciela J.W. Construction, będącego do niedawna sponsorem tytularnym siatkarskiej sekcji AZS Politechniki Warszawskiej. Jednocześnie Pan Wojciechowski jest właścicielem KSP Polonia Warszawa.
Dla „Akademików” z Warszawy obecnie dobiegający końca sezon siatkarskiej PlusLigi 2008/2009 był udany. Utrzymanie, gra w fazie Play-Off, stworzenie całkiem zgranego zespołu. Brzmi nieźle. A gdy się do tego wszystkiego doda, iż AZS PW to najbiedniejszy zespół w siatkarskiej elicie. Z niespełna dwumilionowym budżetem. Jest to kilkakrotnie mniej niż mają w swoich budżetach takie tuzy jak KPS PGE Skra Bełchatów czy Jastrzębski Węgiel. A jednak to nie te zespoły zostały nazwane rewelacją PlusLigi. Pytanie jednak, czy uda się w przyszłym sezonie tą rewelację utrzymać w kolokwialnej „kupie”.
AZS traci strategicznego sponsora w postaci J.W. Construction. Dlaczego „traci” ? Dlatego, że już od początku roku Pan Wojciechowski niemal szantażuje na zmianę Ratusz M.St. Warszawy i władze Politechniki. A w odpowiedzi Pana Wojciechowskiego szantażuje WOSiR, który jest właścicielem stadionu, na którym grają „Czarne Koszule” (Polonia Warszawa – przyp. autor).
Generalnie to dla mnie kuriozum, aby klub nie był właścicielem stadionu, na którym rozgrywa domowe mecze ligowe. No ale cóż… To jest Polska właśnie. Niemniej sprawa wygląda tak, że po powrocie Polonii do Ekstraklasy wspomniany już WOSiR podniósł kilkukrotnie czynsz za wynajem stadionu. Najwyraźniej jest to nowa misja tego organu władzy stołecznej na propagowanie w mieście Warszawie sportu – podnosimy cenę wynajmu stadionu, który woła o pomstę do nieba i jednocześnie lekką ręką dajemy grupie ITI pół miliarda złotych na budowę dla stworzonego przez siebie zespołu, który mianuje się Legią Warszawa. A tymczasem prawdziwa, wojskowa Legia gra na Bemowie. Ale wracając do Polonii…
Wymuszenie na właścicielu Polonii płacenia więcej za stadion to konieczność ograniczenia funduszy przeznaczanych na finansowanie AZS PW. A tymczasem zaległości z tytułu sponsoringu przez J.W. Construction siatkarzy „Inżynierów” sięgają już poprzedniego sezonu. Deweloper ma bowiem zaległości wobec zawodników, którzy już nie grają w barwach AZS PW.
I między innymi przez WOSiR wkrótce Warszawa może zostać bez siatkówki na najwyższym ligowym poziomie. Niespłacone zaległe pensje zawodników mogą się okazać gwoździem do trumny dla AZS PW, gdyż uregulowanie ich jest warunkiem dopuszczenia do gry w PlusLidze. Jednocześnie o takich zawodników jak Jurij Gładyr, Karol Kłos, Rafał Buszek, Bartek Neroj czy Robert Milczarek pytają się czołowe kluby polskiej ligi.
A jak sam stwierdził Radek Rybak, kapitan AZS PW:

Część zawodników już myśli o zmianie barw, a szkoda, bo po wielu latach w Warszawie powstał ciekawy zespół

Natomiast Pani Prezes Jolanta Dolecka jest zdecydowanie dobrej myśli, stwierdzając:

Zrobimy wszystko, by zachować ten skład na przyszły sezon, a nawet go wzmocnić. Mam nadzieję, że uda mi się przekonać zawodników. W przyszłym tygodniu będziemy też wiedzieli, czy J.W. Construction wróci do sponsorowania zespołu. Wierzę, że tak.

Dobrze by było, gdyby J.W. Construction powróciło do finansowania AZS PW, gdyż na początku włodarzenia w Polonii i „współwłodarzeniu” AZS PW (gdyż Pan Wojciechowski posiada 75% akcji klubu „Inżynierów”) to na meczach Politechniki pojawiało się więcej kibiców. Teraz jest już trochę inaczej, bo to przy Konwiktorskiej stawia się znacznie więcej kibiców, ale to tylko dla tego, że w Warszawie nie ma na dzień dzisiejszy takiej hali, która pomieściłaby więcej kibiców (nie licząc Torwaru, ale to inna rozmowa). Bo gdyby była, to byłoby pewnie po równo. Więc gdzie tu logika i ekonomia? Bo siatkówka to chyba obecnie drugi sport narodowy po piłce nożnej. I warto na nią postawić, szczególnie w takim mieście, jakim jest Warszawa. Tym bardziej, że kibice stoją murem za Politechniką, czym była m.in. wystosowana petycja, pod którą podpisało się półtora tysiąca kibiców.

A może – w ostateczności – pomyśleć nad stworzeniem takiego samego tworu jakim jest Polonia 2011 dla siatkarzy, gdzie graliby pod wspólnym szyldem zawodnicy Politechniki i Polonii. A przykładów jest w Polsce kilka na takie „fuzje” jest kilka – w Krakowie mamy AZS-Cracovia, w Ostrowcu AZS-KSZO itd. .

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11 kwietnia 2009 w Politechnika

 

Tagi: , , , , , , , ,